Sport

Łukasz Kubot: Stąpam twardo po ziemi i wiem, że każdy sezon może być ostatni

58ztfy6a8xw5yai5cedwzu9nzgxvy52y.jpg


“O wszystkim zadecydowała jedna przegrana piłka” – powiedział mieszkający w Lubinie tenisista, który na razie nie myśli o zakończeniu kariery.

 

PAP: Według strony ATP to jest Pana 20-sezon w profesjonalnej karierze. Czy zaczynając uderzać w zieloną włochatą piłkę gdzieś na Dolnym Śląsku – myślał Pan, że będzie Pan grać do 40-tki?

 

Łukasz Kubot: Jestem wdzięczny, że miałem szanse zrealizować swoje dziecięce marzenia. Powiem jednak szczerze, że każdy rok od 35 roku życia jest tak ciężki, że powinienem go liczyć jako rok psi. Czyli razy siedem albo razy osiem, nie wiem dokładnie jak to jest. Bo zawsze pojawiały się znaki zapytania – co z moim zdrowiem? Co z moim ciałem? Pod koniec ubiegłego roku musiałem się poddać zabiegowi. Ale chciałem wrócić i zagrać ten sezon, zobaczyć jak to będzie. Widziałem, że to ostatni gwizdek i wróciłem. Wracając do pytania to każdy ma swoje marzenia. Ja – jak każdy inny – uczyłem się na błędach. Powiększałem swój team z roku na rok o fizjoterapeutów i osteopatów. Starałem się dbać o swoje ciało i organizm. Dzisiaj mam 40 lat. Przyjechałem na US Open. Cieszę się i chłonę tutaj każdą chwilę i każdą minutę spędzoną w Nowym Jorku. Sezon jeszcze trwa i zobaczymy co dalej. Najważniejsze, żeby było zdrowie.

 

ZOBACZ TAKŻE: US Open: Łukasz Kubot odpadł w 1/8 finału miksta

 

To Pana 14. podejście do US Open, gdzie dotychczas najpiękniej było w 2018, kiedy – wraz z Marcelo Melo – dotarliście do finału. Jak Pan się tu czuje?

 

W ciągu roku są cztery najważniejsze turnieje i turniej w Nowym Jorku jest jednym z nich. Jest to turniej na końcu całego touru amerykańskiego: po rywalizacjach w Atlancie, Waszyngtonie, Kanadzie, Cincinnati i Winston-Salem. Tenisiści z Europy muszą wiedzieć, gdzie czują się najlepiej i gdzie gra im się najlepiej. Zaraz po zejściu z trawy przechodzi się na beton. Z perspektywy lat tutaj grało mi się najtrudniej. Mimo tego, że tu są bardzo szybkie korty, zawsze miałem tu jakieś przygody. Nie wiem czym były one podyktowane – może aurą? Albo właśnie tym, że to ostatni z turniejów w Ameryce. Parę razy – ze względu na kontuzję i po intensywnym planie startów w Europie – nie występowałem tutaj. Ale to jest Nowy Jork. Showtime! Jest to inny turniej niż wszystkie. Cieszę się, że w tym roku miałem szansę zagrać.

 

W 2020 wygrał Pan – znowu z Marcelo – dwa turnieje. Od listopada 2020 nie udało się już jednak awansować do finału. Tęskni Pan za atmosferami meczów finałowych?

 

Ja każdy mecz, na który wychodzę, biorę jak finał. Dla mnie nigdy nie było różnicy czy to mecz pierwszej rundy czy półfinał. Zawsze się szykowałem odpowiednio i czułem odpowiednią atmosferę, którą robią ludzie. Nie da się porównać finału z Nowego Jorku do finału z Wimbledonu czy finału innego Wielkiego Szlema. Zawsze chciałem zagrać na korcie centralnym w Wielkim Szlemie – i udało mi się to. Tak, że cieszę się bardzo, ale ja traktowałem każde spotkanie tak samo. I przez te wszystkie lata miałem pod tym względem niesamowitą rutynę, którą utrzymywałem. Wracając do pytania, to tak, po rozstaniu z Marcelo Melo była pandemia. W tym wieku wyszedłem z rytmu i połączyłem siły z Wesley’em Koolfhofem, z którym po prostu nie mogliśmy się zgrać. Wróciłem do Melo, potem znowu się rozstaliśmy. Kontuzja, która się pojawiła, uraz, przeszkadzały mi w powrocie i widziałem, że jeśli będę próbować na siłę to mogą być różne konsekwencje. Poddałem się zabiegowi i dzisiaj wróciłem. Nie jest to może wymarzony powrót jakbym sobie życzył, ale zobaczymy. Chciałem wrócić – nawet liczyłem się z tym, że to może być mój ostatni sezon, dlatego chciałem zagrać, poczuć raz jeszcze atmosferę wielkiego szlema. Nie było punktów w Wimbledonie i byłem zawiedziony tą całą sytuacją. Potem też decyzje ATP o odwołaniu turniejów w Chinach, w Pekinie, a ja tam zawsze dobrze się czułem i dobrze mi się tam grało. Tych turniejów też nie ma, więc dużo było zmian w tym roku, ale to była konsekwencja też pandemii i tego wszystkiego, co się działo. Nie był to łatwy czas, szczególnie w tenisie, gdzie dużo podróżowaliśmy i te wszystkie testy i to wszystko. Ale to jest nowe doświadczenie. Zobaczymy. Sezon jeszcze trwa. Jeszcze mam parę turniejów w których chciałbym zagrać – np. w Wiedniu, który zawsze dawał mi energię. To jeden z moich ulubionych: zdobywałem tam najwięcej tytułów i czułem się zawsze super. Mam powołanie do kadry, na którą jadę zaraz po Nowym Jorku, a co będzie dalej, zobaczymy. Na razie chcę grać. Sprawia mi to radochę, mimo iż moje wyniki nie są takie najlepsze.

 

W tym roku grał Pan z Hubertem Hurkaczem, Marinem Ciliciem, Santiago Gonzalezem, Robinem Haase, Edouardem Rogerem-Vasselinem – w Madrycie, Rzymie i Francji – Szymonem Walkowem, Filipem Bergevi, Stanem Wawrinką i Sanderem Gille. 9 partnerów – dla laika to sporo, ale dla Pana to chyba nie sprawia żadnej różnicy?

 

Jak się ma jednego partnera, to można cały czas pracować z nim nad jednym schematem. Musimy pamiętać, że singiel i debel to są dwie różne dyscypliny sportowe i oczywiście łatwiej jest mieć jednego partnera i grać z nim. U mnie to było utrudnione, bo wróciłem w połowie marca. Praktycznie wszystkie pary były już wtedy umówione. Łapałem kto był wolny, umawialiśmy się i graliśmy. Dziś też nie ma u mnie za bardzo wyników, ludzie też zastanawiają się czy wejść w debel czy nie wejść. Miałem również zamrożony ranking. Najpierw okazało się, że nie mogę grać na Wimbledonie, potem jednak tam zagrałem. Tak, że dużo rzeczy było takich niejasnych i te wszystkie zmiany były właśnie tym spowodowane. A wiadomo, tu decydują niuanse. Czasem jedna piłka – tak jak było tutaj w pierwszej rundzie, kiedy połączyliśmy siły z Sanderem i wiedziałem, że możemy coś tutaj ugrać, ale przegraliśmy. Mamy swoje doświadczenia, wiemy na czym możemy polegać. Ale widocznie nie kliknęło w tych duetach, w których występowałem w tym roku.

 

W turnieju debla mężczyzn zagraliście z Gille kapitalny mecz przeciwko parze Asłan Karacjew z Rosji i Luke Salville z Australii. Przegraliście 7:6(4) 6:7(7) 2:6, a mecz trwał blisko 3 godziny. Do drugiego gema w trzecim secie wszystko było na ostrzu noża. Zabrakło pary w tym trzecim secie?

 

Stare przysłowie mówi: jak się nie wygrywa w dwóch setach to się przegrywa w trzech. Tak było w naszym wykonaniu. Drugi tie-break przegrany do 7, a w trzecim przeciwnicy mieli przede wszystkim lepszy serwis i przejmowali inicjatywę przy returnach i tak to się po prostu ułożyło. Nie ma co gdybać. Dzisiaj jest tak, że singliści robią różnicę. W tym spotkaniu taką zrobił Karacjew i w końcówce przeciwnicy wygrali. Zawsze ostatnia piłka decyduje i oni wygrali ostatnią piłkę.

 

PW mikście pokazaliście się z Lucie z dobrej strony, bo pokonaliście w pierwszej rundzie Holendrów Matwe Middelkoppa i Demi Schuurs 6:4 6:4. Dziś Chorwat i Japonka okazali się od Was lepsi. Jak się grało z Lucie?

 

Z Lucką grało się dobrze. Uważam, że spisaliśmy się nieźle. I znów jedna piłka decydowała o wszystkim. Jest tak, jak jest. Nie będę szukał usprawiedliwienia. Skugor przede wszystkim dobrze serwował, Japonka też miała dużą pewność siebie. Lucka też grała dziś debla – trzy godziny rano. Miała tylko 1,5 godziny przerwy. To są takie małe niuanse, które później mogą zrobić wielką różnicę, szczególnie w turnieju wielkiego szlema.

 

Z Polaków w singlu na placu boju pozostała już tylko Iga Świątek. Co Pan o niej sądzi?

 

Dla mnie to wielki czempion, który się urodził w Polsce. Ma niesamowity potencjał i kapitalny team. Super się rozwija i jest pierwsza na świecie. Wszyscy powinniśmy być dumni z niej i z tego, że mamy też Huberta, który jest w pierwszej dziesiątce. Uważam, że tenis w Polsce poszedł niesamowicie do przodu i niewykluczone, że za kilka lat będziemy mieli kolejnych adeptów. Uważam, że jest ku temu szansa, aby ta dyscyplina mogła u nas wejść na wyższy poziom.

 

Jakie dalsze plany? Zobaczymy Pana na IO w Paryżu?

 

Jak zdrowie dopisze. I zobaczymy jak będzie z rankingiem. Na razie gram ten sezon i zobaczymy jak to się wszystko poukłada. Nie mam jakiś wyskoków czy celi, że chcę czy to czy tamto za trzy-cztery lata. Stąpam twardo po ziemi i wiem, że każdy sezon może być ostatni, tym bardziej, że od 3.5 roku życia, każdy rok grania jest dla mnie jak 5-6 lat.

KN, PAP

Przejdź na Polsatsport.pl


Source link

Leave a Comment