imalopolska

najnowsze wiadomości

admin

admin

Polska

Warszawskie obchody XXII Dnia Judaizmu

a70

Strona główna &gt Polska &gt Warszawskie obchody XXII Dnia Judaizmu Warszawskie obchody XXII Dnia Judaizmu AdRo203 Polska

Msza „o uproszenie miłości” i dyskusja panelowa na temat postrzegania Żydów i judaizmu przez tradycje: katolicką, prawosławną i protestancką złożą się na tegoroczne obchody Dnia Judaizmu 17 stycznia w Warszawie. Przed rokiem miały one charakter ogólnopolski, w tym roku mają diecezjalny.

Hasłem obchodów XXII Dnia Judaizmu będą słowa z Księgi proroka Ozeasza „Nie przychodzę, żeby zatracać (Oz 11,9). W ramach warszawskich obchodów, w czwartek 17 stycznia o godz. 18.30 mieszkańcy Warszawy będą mogli wziąć udział we Mszy św. sprawowanej w kościele seminaryjnym według formularza liturgicznego „o uproszenie miłości”. Wieczorna Msza święta w tym kościele zostanie odprawiona w języku łacińskim.

Po Mszy świętej, uczestnicy Dnia Judaizmu wysłuchają dyskusji panelowej nt. „Żydzi i judaizm w tradycji katolickiej, prawosławnej i protestanckiej”. Punkty widzenia poszczególnych wspólnot przedstawią rabin Stas Wojciechowicz, ks. prot. dr Piotr Kosiński, ks. Michał Jabłoński i ks. Andrzej Tulej. Dyskusję poprowadzi red. Zbigniew Nosowski a rozpocznie się ona o godz. 19.30 w dolnym kościele seminaryjnym.

Biskup pomocniczy archidiecezji warszawskiej Rafał Markowski, który od czerwca 2016 r. jest przewodniczącym Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego oraz Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem zwraca uwagę, że przygotowujemy się do wspólnego przeżycia kolejnego Dnia Judaizmu w Kościele w Polsce, który wpisuje się w szeroko rozumiany dialog, jaki Kościół prowadzi od wieków.

– Nie zawsze był on doskonały, ale w ostatnich dziesięcioleciach nabrał rozmachu i jest potwierdzeniem otwartości Kościoła wobec świata. Otwartości przede wszystkim wobec kolorytu religijnego świata, gotowości do prowadzenia rozmowy, szukania wspólnych wartości i wspólnych działań – zauważa bp Markowski.

Jego zdaniem, „w tym szeroko rozumianym dialogu międzyreligijnym relacje między Kościołem a judaizmem mają swoje szczególne znaczenie”. – Wiele jest punktów stycznych łączących judaizm i Kościół katolicki, dlatego w przybliżanie co roku tego bogactwa, które zawiera się w judaizmie ma swój głęboki sens. Serdecznie i gorąco zapraszam do udziału w tym Dniu – zachęca przewodniczący Rady Episkopatu Polski ds. Dialogu Religijnego oraz Komitetu ds. Dialogu z Judaizmem.

Bp Markowski weźmie udział w centralnych obchodach Dnia Judaizmu 17 stycznia w Łodzi. W tym roku ich organizatorem jest archidiecezja łódzka, w zeszłym była archidiecezja warszawska.

Za: https://ekai.pl/warszawskie-obchody-xxii-dnia-judaizmu/

10.01.2019

NWO żydowska Synagoga Szatanawatykański antykościół Antychrystażydomasońska rewolucja w KRKżydomasoński horror kościół
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Polska Rzeczpospolita Bananowa

ala

Strona główna &gt Polska &gt Polska Rzeczpospolita Bananowa Polska Rzeczpospolita Bananowa Jan Polska, Wyróżnione

W czasie ponad czterech dekad wasalizacji wobec Związku Radzieckiego państwo polskie nazywano dla niepoznaki Polską Rzeczpospolitą Ludową, choć polski lud nie był w niej suwerenem. Dziś partia PiS, tak jak niegdyś Polska Zjednoczona Partia Robotnicza pozbawia naród suwerenności w państwie, które można już nazwać Polską Rzeczpospolitą Bananową – pisze Karol Kaźmierczak.

18 czerwca 1954 roku grupa kilkuset uzbrojonych bojówkarzy przekroczyła granicę Gwatemali wdzierając się do niej od strony północnego sąsiada – Hondurasu. Byli uzbrojeni przez amerykańską agencję wywiadowczą CIA, która wcześniej szkoliła ich w sąsiednich państwach. Mieli jedno zadanie – obalić demokratycznie wybranego prezydenta Jacobo Arbenza. Główną przewiną Arbenza okazało przeprowadzenie reformy rolnej, nota bene bardzo umiarkowanej, bo dotyczącej tylko nieużytków. Amerykański potentat uprawy owoców United Fruit Company uznał to za uderzenie w swoje interesy. Koncern posiadał na własność lub dzierżawił znaczną część ziemi uprawnej w małym środkowoamerykańskim kraju, w dodatku uchwalenie przez władze Gwatemali prawa pracy uniemożliwiło nieskrępowaną eksploatację miejscowych robotników rolnych jaką dotychczas Amerykanie praktykowali. W wyniku puczu, wspartego bombardowaniami samolotów CIA, Arbenz został obalony i uciekł z kraju. Nigdy nie wrócił do ojczyzny. Następujące po zamachu rządy stopniowo anulowały kolejne reformy Arbenza aby nic nie utrudniało prowadzenia interesów przez amerykańską firmę. To właśnie od skolonizowanej przez ten koncern Gwatemali urobione zostało sformułowanie „republika bananowa”, które zaczęło oznaczać biedne, słabe i niestabilne państwo, którym zarządza faktycznie zewnętrzne mocarstwo za pośrednictwem wysługujących się mu lokalnych watażków.

To nie incydent lecz strategia

Co wspólnego ma współczesna Polska ze środkowoamerykańskim trzecim światem? Wydawałoby się, że nic. Liczny europejski naród, dumny z tysiącletniej historii, który obalił komunizm i zbudował, na tle trzeciego świata, stosunkowo zamożne społeczeństwo. A jednak politycznie Polska stała się republiką bananową. W środę i czwartek dziennik „Fakt” podał, że ambasador USA w Warszawie Georgette Mosbacher wymusiła na polskim rządzie wstrzymanie prac nad ustawą, która utrudniałaby funkcjonowanie w Polsce amerykańskiej firmy Uber. Na tym samym spotkaniu, na którym Mosbacher podyktowała ministrowi infrastruktury Andrzejowi Adamczykowi swoją wolę, na odchodne, w ostrym tonie przestrzegła władze Polski przed próbami odzyskania kontroli nad spółką PKP Energetyka wyprzedanej przez rząd PO-PSL w 2015 roku.

Ostatnie działania nie są niczym nowym w wykonaniu Mosbacher. Rozgłosu nabrał jej napisany w bezceremonialnej formie, wręcz niechlujnie, list do premiera Morawieckiego, w którym dyplomatka pouczała członków polskiego rządu, by nie krytykowali należącej do amerykańskiego kapitalisty telewizji TVN. List zakończony był uwagą mającą wydźwięk szantażu. Aby nikt nie miał wątpliwości, amerykańska ambasador przestrzegła także polskich posłów przez próbami ograniczania hegemonii zagranicznego kapitału na polskim rynku medialnym, robiąc to w zupełnie otwarty sposób. Rząd PiS posłusznie wykonał zalecenie, wstrzymując prace nad projektem ustawy w tej sprawie mimo, że postulat „repolonizacji mediów” był jednym ze sztandarowych haseł partii Jarosława Kaczyńskiego. Gdy media w końcu zaczęły interesować się działalnością Mosbacher, okazało się, że wzywała do siebie „na rozmowy” osoby związane z polskim rządem, zaangażowane w prace nad nowelizacją ustawy o podatku dochodowym od osób fizycznych i prawnych, żądając uprzywilejowanego traktowania firm z kapitałem amerykańskim. Już wówczas pojawiła się nazwa Uber. Polski rząd realizował kolejne dyspozycje Mosbacher. Wiadomo, że pod jej naciskiem Ministerstwo Zdrowia wpisało na listę leków refundowanych specyfik produkowany przez amerykański koncern farmaceutyczny choć sam resort oceniał wcześniej, iż jest to niekorzystne.

Rządy ambasadora

Wszystko to potwierdza, że mamy do czynienia nie z incydentem, lecz systemem. Systemem amerykańskiej polityki wobec Polski, która traktuje nasz kraj właśnie w kategoriach Gwatemali, gdzie można dyktować najwyższym urzędnikom państwowym szczegółowe rozwiązania prawne i to w imię nie generalnych interesów narodowych USA, ale interesów poszczególnych amerykańskich firm. Jednak praktyki Mosbacher to także wynik polityki Prawa i Sprawiedliwości, które akceptuje takie działania przedstawicielki obcego państwa.

Gdy w zeszłym roku rząd PiS przepchnął przez parlament w ciągu kilku godzin nowelizację ustawy o IPN (ustawy, którą wcześniej ogłosił podstawą polityki historycznej i obrony godności narodowej, a którą zmieniał pod dyktando władz Izraela i wspierających je Amerykanów), ostrzegałem, że zamienia to Polskę w państwo niesuwerenne względem Waszyngtonu. Dziś można stwierdzi, że Polska już jest państwem niesuwerennym. Nic dziwnego, jeśli bowiem jej rząd ugiął się tak łatwo w sprawie ustawy, której obiecywał bronić jak niepodległości, to dla Amerykanów jasne stało się, że w zaciszu gabinetów, w sprawach mniej symbolicznych, bardziej szczegółowych, a zatem mniej nagłośnionych, można przeforsować każde inne roszczenie.

Konstytucja RP stanowi, że „władza zwierzchnia w Rzeczypospolitej Polskiej należy do Narodu”, a naród może sprawować władzę „przez swoich przedstawicieli lub bezpośrednio”. Zgodnie z konstytucją władzę ustawodawczą naród realizuje poprzez swoich przedstawicieli w Sejmie i Senacie. Sami obywatele posiadają też inicjatywę ustawodawczą, podobnie jak prezydent i rząd Rzeczpospolitej. Ustawa zasadnicza nie wspomina natomiast w żadnym artykule, by o tym, jakie prawo jest w Polsce uchwalane i w jakim brzmieniu, miał decydować ambasador USA czy jakiegokolwiek innego obcego państwa. Sytuację, w której dochodzi do takiej praktyki można porównać do upadającej I Rzeczpospolitej w drugiej połowie XVIII wieku. Teoretycznie państwem tym rządził Sejm, a właściwie delegujące posłów sejmiki ziemskie i wybierani przez parlamenty król oraz czołowi dostojnicy stanowiący swoiste rządy – osobne dla Królestwa i Wielkiego Księstwa Litewskiego. Jednak od czasu przeprowadzonej pod rosyjskimi bagnetami elekcji Stanisława Augusta Poniatowskiego każdy projekt nowego prawa musiał uzyskać sankcję ambasadora cesarzowej Rosji. Począwszy od Nikołaja Repnina kolejni rosyjscy dyplomaci naginali polskich posłów i rządzących do woli Katarzyny II czy to przekupstwem, czy to przemocą stacjonujących w Polsce rosyjskich żołdaków. O przekupstwach w szeregach obecnego obozu rządzącego Polską nic nie wiadomo, wiadomo natomiast, że PiS usilnie stara się zainstalować w naszym kraju stałe bazy armii amerykańskiej widząc w tym główną gwarancję bezpieczeństwa Polski.

Zakładnicy Waszyngtonu

To właśnie takie myślenie sprowadziło państwo polskie do poziomu republiki bananowej. Politycy PiS, ukształtowani przez lata opozycyjnej działalności w PRL, nadal znajdują się na etapie walki z „ruskimi”. Mylnie odczytując równowagę sił w Europie i na świecie, oraz przesłanki rosyjskiej polityki i jej możliwości, obóz PiS zagania Polaków do okopów nowej „zimnej wojny”, czy wręcz nowej „polityki odpychania” Rosji. Ponieważ jednak państwo polskie nie ma rzecz jasna potencjału do podejmowania takiej polityki, politykom PiS wydaje się, że będą ją prowadzić na konto USA. Przypomina to właśnie sny o potędze różnego rodzaju latynoskich dyktatorów, w imię których godzili się na praktyczne uprzedmiotowienie swoich państw. Tego rodzaju polityka czyni z rządu PiS zakładnika USA, tym bardziej, że rząd ten zorientował całą politykę zagraniczną wyłącznie na Waszyngton, paląc mosty na innych kierunkach.

Oczywiście od zakładnika można domagać się wszystkiego i to właśnie robi przedstawiciel dyplomatyczna Stanów Zjednoczonych. Prorządowe tygodniki i portale po ujawnieniu skandalicznego listu Mosbacher do Morawieckiego próbowały przedstawić jej aroganckie interwencje jako wynik cech charakteru lub braku doświadczenia dyplomatycznego. Przypomina to naiwne przekonanie dawnych rosyjskich chłopów uważających, że car to dobry ojciec, tylko czynownicy źli. Nieoględna dyplomacja biznesowa Mosbacher bardzo dobrze wpisuje się przecież w bezpardonową politykę zagraniczną Donalda Trumpa. Obecny prezydent prowadzi bowiem dyplomację w równie transakcyjny sposób, przywiązując wielką wagę do promowania amerykańskiego interesu ekonomicznego. Swojej unilateralnej polityki zagranicznej Trump nawet nie owija w bawełnę ideologicznych zaklęć o demokracji i prawach człowieka, jak robił to Bush junior i jego neokonserwatyści. Jedynym prezydentem USA, do którego można porównać obecnego lokatora Białego Domu jest Theodore Roosevelt, polityk, który na początku XX wieku otwarcie mówił o „grubej pałce” jaką chce mieć w garści otwarcie dążąc do pełnej hegemonii na półkuli zachodniej. „Grubej pałki” w postaci interwencji militarnych nie wahał się zresztą używać.

T. Roosevelt był klasycznym imperialistą stosującym politykę siły ze szczerością większą niż jakikolwiek inny amerykański przywódca. Trump jest do niego podobny w swoim unilateralizmie, kalkulowaniu przede wszystkim materialnych interesów amerykańskiej gospodarki i ich bezwzględnym forsowaniu. Georgette Mosbacher doskonale pasuje do takiej polityki i ją realizuje, przy okazji znacznie obniżając prestiż i pozycję Polski na arenie międzynarodowej. I właśnie dlatego powinna zostać jak najszybciej ogłoszona jako persona non grata. Jednak to nie ona jest źródłem problemów lecz rządzący Polską i ich jednostronna polityka zagraniczna obliczona na bycie protektoratem Waszyngtonu w Europie Środkowej. Wymiana amerykańskiego ambasadora niczego nie zmieni. Co najwyżej przyjedzie ktoś sprawniejszy, kto swoją wolę będzie narzucał w sposób bardziej wyrafinowany a więc cichszy. Aby zmienić charakter relacji polsko-amerykańskich trzeba zmienić generalną koncepcję polityki zagranicznej naszego państwa. Z jednostronnej na wielowektorową. Politycy Prawa i Sprawiedliwości wydają się jednak całkowicie niezdolni do przeprowadzenia takiej zmiany.

Niesuwerenny naród

W czasie gdy przedstawiciel obcego mocarstwa ingeruje w procesy ustawodawcze w Polsce, politycy dwóch głównych partii politycznych, dziennikarze i publicyści mediów głównego nurtu wciągają społeczeństwo w dyskusję o wiceministerialnej nominacji dla niewiele znaczącego, oportunistycznego posła lub rozbudzają emocje wokół odstrzału dzików. A Polacy z łatwością dają się prowokować i toczą wojnę dwóch plemion na lajki i komentarze. Przy okazji komentowania wystąpień „ruchu żółtych” kamizelek pisałem o niedojrzałości Polaków, którzy podchwytują każdy podrzucony im przez polityków temat zastępczy. Dajemy się manipulować patriotycznymi bądź, w zależności od grupy, „proeuropejskimi” frazesami. Nie myślimy w kategoriach interesów lecz symboli, schematów ideologicznych lub reminiscencji historycznych. Jedną z nich jest wyniesiony z czasów podporządkowania Moskwie cukierkowy obraz Stanów Zjednoczonych jako dobrotliwego Wuja Sama myślącego tylko o tym jakby tu zrobić dobrze „wolnemu światu”. Tymczasem USA są kolejnym wielkim mocarstwem starającym się realizować swoje interesy, jeśli trzeba to na szkodę słabszych, a jeśli można to słabszymi się wysługując. Tak, drodzy rodacy, nie żyjecie w suwerennym państwie, bo nie jesteście suwerennym narodem. Nie jesteście nim, bez względu na to ile razy byliście na Marszu Niepodległości, ile grafik z husarzami i „żołnierzami wyklętymi” wrzuciliście na portalach społecznościowych.

Karol Kaźmierczak

Za: https://kresy.pl/publicystyka/polska-rzeczpospolita-bananowa/

Data publikacji: 10.01.2019

komedia suwerennościPiSPolska neokolonią syjonizmupolskojęzyczna syjono-żydomasoneriażydowska wasalizacja Polski
Read the full article – wolna-polska.pl

Zdrowie

Autohemoterapia: reaktywowanie naturalnej zdolności organizmu do samoleczenia

a-50-1200x630

Strona główna &gt Zdrowie &gt Autohemoterapia: reaktywowanie naturalnej zdolności organizmu do samoleczenia Autohemoterapia: reaktywowanie naturalnej zdolności organizmu do samoleczenia a303 Zdrowie

Autohemoterapia to termin powstały na początku ubiegłego wieku (1912), którego autorstwo przypisuje się drowi Paulowi Ravautowi. Zabieg ten polega na wstrzyknięciu krwi pobranej z przedramienia za pomocą strzykawki i igły – jak przy pobraniu próbki krwi do analizy laboratoryjnej – oraz natychmiastowym wstrzyknięciu jej domięśniowo w pośladek.

Aby zilustrować przydatność tej prostej techniki na przestrzeni całej historii medycyny, przyjrzymy się jednemu z najbardziej zdumiewających artykułów naukowych na ten temat. „Autohemoterapia w psychiatrii” została opublikowana w Dzienniku Medycznym Stanu Maryland (Maryland State Medical Journal) w 1955 roku przez Roberta Reddicka, ówczesnego prezesa Stowarzyszenia Medycznego Hrabstwa Dorchester (Dorchester County Medical Society). Reddick napisał:

W ciągu ostatnich trzech dekad korzystne efekty stosowania autohemoterapii odnotowano w leczeniu następujących schorzeń: gruźlica płuc, narkomania, szkarlatyna, trądzik, czyrak gromadny [karbunkuł], gorączka reumatyczna, choroby dermatologiczne, niepowściągliwe wymioty ciężarnych, niedobory hormonów, ziarnica weneryczna, opryszczka pospolita, półpasiec, różne rodzaje alergii, trwałe reakcje serologiczne [najprawdopodobniej chodzi o choroby autoimmunologiczne], stany septyczne po poronieniu i aborcji, czyraczność [furunkuloza], różne zakażenia wirusowe, pokrzywka, choroba posurowicza, porażenie połowicze [hemiplegia], astma oskrzelowa, ostra postać pląsawicy, owrzodzenie nóg, malaria, zapalenie opłucnej, wścieklizna, żółtaczka wszczepienna [wirusowe zapalenie wątroby typu B], artretyzm, ostre zapalenie korzonków nerwowych Landry’ego [zespół Guillaina-Barrégo], ostre porażenie dziecięce [polio], błonicze zapalenie wielonerwowe, przetoka dwunastnicza, gruźlicze zapalenie otrzewnej, choroby układu krążenia, dolegliwości miesiączkowe i menopauzalne, różnego rodzaju zapalenia płuc, łuszczyca i inne.

To dość przekonująca lista i tych osiągnięć nie powinno się bagatelizować. Niektórym jej pozycjom przyjrzymy się później, najpierw jednak wróćmy do raportu Reddicka na temat efektów autohemoterapii wśród pacjentów psychiatrycznych:

Wstępne spostrzeżenia autora na temat zastosowania autohemoterapii w przewlekłych zaburzeniach psychicznych w 1950 roku obejmowały informację o dwudziestu pięciu przewlekle chorych pacjentach szpitala publicznego, których przez sześć miesięcy leczono zastrzykami z ich własnej krwi. W pierwotnej grupie znalazło się trzynaście przypadków schizofrenii, sześć depresji inwolucyjnej, trzy „stany paranoidalne” oraz po jednym przypadku psychozy maniakalno-depresyjnej, miażdżycowej i alkoholowej.

Dziewiętnastu spośród tych pacjentów, czyli 76 % leczonych, wykazało uzdrowienie społeczne na tyle, że byli w stanie opuścić szpital i wrócić do normalnego życia. Wśród sześciu pacjentów wymagających dalszej hospitalizacji po zakończeniu kuracji stan trzech znacznie się poprawił, a jednego pozostał niezmieniony.

Stan jedenastu z trzynastu schizofreników, czyli 85% pacjentów, poprawił się na tyle, że dalsza hospitalizacja była zbędna, a dwie trzecie melancholików inwolucyjnych i pacjentów cierpiących na „stany paranoidalne” również wykazało rehabilitację społeczną.

Nie znam żadnego innego podejścia terapeutycznego, które pozwoliłoby w dzisiejszych czasach osiągnąć podobne rezultaty. Być może udałoby się tego dokonać w klinice specjalistycznej stosującej multidyscyplinarne podejście holistyczne, ale z pewnością nie w szpitalu publicznym, stosującym konwencjonalne leczenie objawowe.

Autohemoterapię stosowano raz w tygodniu przez 6 miesięcy. Początkowo leczenie polegało na pobraniu 5ml (cm3) krwi z jednej ze środkowych żył przedramienia w warunkach aseptycznych, oraz natychmiastowym wstrzyknięciu jej głęboko w górny mięsień pośladka. Średni czas, przez jaki krew pozostawała w strzykawce wynosił 55 sekund.

Jeśli nie wystąpiła negatywna reakcja na autohemoterapię przy dawce 5 cm3, po trzecim zabiegu ilość krwi zwiększono do 10 ml (cm3). Po pobraniu krwi z lewego przedramienia wstrzykiwano ją w prawy pośladek i odwrotnie.

Krew jest pobierana z przedramienia za pomocą strzykawki i igły, jak przy pobraniu próbki krwi do analizy laboratoryjnej

Żeby być w zgodzie ze standardem jakości w badaniach naukowych, do badania włączono grupę kontrolną, której zamiast krwi wstrzyknięto izotoniczny chlorek sodu, czyli tzw. roztwór fizjologiczny. Jak pozostałym uczestnikom badania, im również pobrano krew z przedramienia.

Większość pacjentów z grupy eksperymentalnej miała zdiagnozowaną schizofrenię; w niektórych przypadkach uprzednio bezskutecznie stosowano elektrowstrząsy bądź leczenie śpiączką insulinową, czasem obie te terapie. Zaburzenia psychiczne trwały od dwóch do czterdziestu dziewięciu lat. Dwudziestu trzech pacjentów, czyli 92% leczonych, wykazało rehabilitację społeczną na tyle, że mogli opuścić szpital i wrócić do normalnego życia. W pozostałych przypadkach również odnotowano poprawę. Stan pacjentów z grupy kontrolnej, otrzymującej zastrzyki z roztworu fizjologicznego, nie zmienił się, z jednym wyjątkiem, gdzie stan się pogorszył i pacjent zmarł w czasie hospitalizacji.

Analiza laboratoryjna wykazała obniżenie odczynu opadania krwinek (OB, markera stanu zapalnego) oraz normalizację poziomu białka we krwi. W kilka godzin po każdej sesji autohemoterapii odnotowano u pacjentów wyraźną limfocytozę (wzrost ilości białych krwinek, sygnał stanu zapalnego). U jednej pacjentki wystąpiła nietypowa reakcja – krótkotrwała wysypka krostkowa, która znikała samoistnie po spontanicznym osuszeniu poza dwiema sytuacjami, kiedy wykwity trzeba było zdrenować. U tejże pacjentki odnotowano 22-punktowy wzrost Ilorazu Inteligencji (IQ), co oznaczało poprawę sprawności mentalnych z poziomu ułomnego na wysoki w kategoriach myślenia abstrakcyjnego i umiejętności formułowania koncepcji. Towarzyszyła temu zauważalna poprawa nastawienia pacjentki oraz zdolność wglądu w swój stan, co dało się zauważyć po trzeciej sesji autohemoterapii. Gorąco zachęcam do lektury szczegółowego opisu tego przypadku w oryginalnym artykule. Warto tam zajrzeć!

Powstało wiele teorii, próbujących wyjaśnić skuteczność autohemoterapii. Niektórzy twierdzą, że krew wstrzykiwana do mięśnia działa jak ciało obce, aktywując układ fagocytarny – sieć komórek różnych tkanek w całym organizmie i krwi (tj. ogólna tkanka łączna, śledziona, wątroba, płuca, szpik kostny i węzły chłonne). Taka aktywacja stymuluje układ odpornościowy i szpik kostny do zwiększenia produkcji makrofagów, które oczyszczają organizm ze szkodliwych drobnoustrojów, komórek nowotworowych i zanieczyszczeń. Dla przykładu, kosztowne leczenie białkiem GcMAF przypisuje swoje rezultaty zwiększeniu ilości makrofagów, a autohemoterapia zwiększa ich poziom w krwiobiegu na 5 dni. Jak wyjaśnia mgr Dina Soliman:

Gdy w mięśniu znajdzie się krew, układ fagocytarny jest wzmacniany czterokrotnie, a maksymalny poziom kończy się dopiero po pięciu dniach. Normalnie makrofagi stanowią we krwi 5% [1], w ciągu 8 godzin autohemoterapia podnosi ich poziom z 5% do 22% na okres pięciu dni [3]. Od 5 do 7 dnia ich poziom zaczyna spadać, powracając do 5% siódmego dnia. Dlatego autohemoterapię należy powtarzać co 7 dni, a można ją stosować bez żadnych przeciwwskazań przez 10, 15 czy 20 lat.

Proces ten jest korzystny w chorobach przewlekłych i może wyjaśnić pozytywne rezultaty autohemoterapii. Soliman przeprowadził badanie na 176 pacjentach cierpiących na choroby takie jak cukrzyca typu 1, astma oskrzelowa, przewlekłe zapalenie zatok, alergiczne zapalenie spojówek, alergiczny nieżyt nosa, problemy skórne (pęcherzyki, egzema, owrzodzenie), problemy z paznokciami (infekcja, zanokcica), trądzik pospolity, problemy żołądkowo-jelitowe, nietolerancja laktozy, choroby tkanki łącznej, zmęczenie, miastenia rzekomoporaźna, fibromialgia, dna moczanowa, choroba zwyrodnieniowa stawów, dolegliwości bólowe w lędźwiowym odcinku kręgosłupa ze zmianami Modica typu 1, widocznymi na rezonansie magnetycznym (ze zwężeniem kanału kręgowego lub bez), choroby autoimmunologiczne (zesztywniające zapalenie stawów kręgosłupa, reumatoidalne zapalenie stawów) oraz infekcja pochwy z upławami. W ramach badania wykonano od 8 do 12 iniekcji od 3 do 10 cm3 krwi pacjenta w ciągu 4-6 tygodni. Wyniki uzyskane u pacjentów z cukrzycą typu 1 naprawdę przykuły moją uwagę:

Przed rozpoczęciem leczenia zmierzono poziom hemoglobiny HbA1c u tych dwóch [osób] i wynosił on odpowiednio 8,5 i 8,9 (poziom prawidłowy: 4,6-6). W trakcie leczenia pacjenci nie zmienili ani nawyków żywieniowych, ani ilości przyjmowanej insuliny. Po 7 miesiącach cotygodniowych zabiegów zaprzestali ich, ponieważ znudziło im się. Po 4-miesiącach od ostatniej sesji zmierzono im ponownie poziom HbA1c i wynosił on odpowiednio 6,3 i 6,9. Po kolejnych pięciu miesiącach jeszcze raz zmierzono HbA1c, uzyskując odpowiednio 8,5 i 9,5.

Hemoglobina glikowana (HbA1c) jest pośrednim wskaźnikiem poziomu cukru we krwi w ciągu ostatnich 3 miesięcy. Wydaje się, że samą autohemoterapią można osiągnąć rezultaty, jakich czasem nie daje się uzyskać ani lekami na cukrzycę, ani terapią insulinową. W badaniu Solimana stan zdrowia każdego z pacjentów uległ poprawie.

Być może najlepiej udokumentowaną w ostatnich latach korzyścią ze stosowania autohemoterapii jest jej leczniczy wpływ na zakażenie półpaścem. U osób w podeszłym wieku objawy są często bardzo wycieńczające, zwłaszcza przewlekły i uporczywy ból, który czasami nie ustępuje nawet po podaniu opioidów. W 1997 roku dr John H. Owlin opublikował artykuł podsumowujący jego doświadczenia z autohemoterapią w leczeniu półpaśca. Doniósł on:

Półpasiec dotyka wielu osób powyżej 50 roku życia. Do tej pory nie znaleziono zadowalającego sposobu leczenia. Autor klinicysta (JHO) był świadkiem dramatycznej reakcji pacjenta z półpaścem na autohemoterapię: ból został całkowicie uśmierzony [w ciągu 48 godzin], a zmiany chorobowe ustąpiły w ciągu 5 dni, bez nawrotów. W rezultacie leczenie innych pacjentów z półpaścem rozpoczynano od autohemoterapii. Na dwudziestu pięciu pacjentach zaatakowanych przez wirusa VZV dokonano autologicznej transfuzji 10ml krwi z żyły zgięcia łokciowego do mięśnia pośladka, a następnie obserwowano objawy kliniczne. U 20 pacjentów poddanych autohemoterapii w ciągu 7 tygodni od pojawienia się objawów klinicznych zakażenia wystąpiła w 100 procentach korzystna reakcja, a u jednego pacjenta – po 9 tygodniach. Nie wystąpiły żadne niepożądane objawy lub symptomy. Wykazano skuteczność autohemoterapii w eliminacji następstw klinicznych w powyższych przypadkach infekcji i wyniki te uzasadniają dalsze rygorystyczne badania kliniczne.

Badanie to obejmowało przypadki półpaśca ocznego. Poniższa tabela pokazuje przebieg każdego przypadku:

Istnieje również bardzo stary artykuł naukowy pokazujący, że autohemoterapia jest łagodnym stymulatorem kory nadnerczy, co skutkuje zwiększeniem wydzielania jej hormonów i zmniejszeniem liczby eozynofilów [granulocytaty kwasochłonne, jeden z rodzajów leukocytów] w obiegu. Może to być szczególnie istotne dla osób cierpiących na pokrzywkę lub reakcje alergiczne.

Obecnie autohemoterapię stosuje się w medycynie sportowej i ortopedii. W przypadku chronicznych zwyrodnień, jak schorzenia kończące się na „oza”, autohemoterapia może być bardziej użyteczna niż standardowe leczenie. W 2003 roku dr Scott G. Edwards i James H. Calandruccio opublikowali swoje doświadczenia z autohemoterapią przy zapaleniu nadkłykcia bocznego, czyli tzw. łokciu tenisisty, w Journal of Hand Surgery. Wyjaśniają oni:

Cel: Większość niechirurgicznych metod leczenia stosowanych przy zapaleniu nadkłykcia bocznego kości ramiennej skupia się na hamowaniu procesu zapalnego, który w rzeczywistości nie występuje przy uszkodzeniach ścięgien. Wstrzyknięcie krwi autologicznej może dostarczyć mediatorów komórkowych i humoralnych niezbędnych do przyspieszenia procesu zdrowienia. Celem tego badania była prospektywna ocena wyników leczenia uporczywego zapalenia nadkłykcia bocznego autologicznymi zastrzykami krwi.

Metoda: Dwudziestu ośmiu pacjentom z zapaleniem nadkłykcia bocznego wstrzyknięto 2ml krwi autologicznej pod prostownik promieniowy krótki nadgarstka [mięsień, który prostuje rękę i wspomaga zginanie w stawie łokciowym]. U wszystkich z nich zawiodło wcześniejsze leczenie niechirurgiczne, polegające na zastosowaniu jednej lub kilku z poniższych metod: fizjoterapii, szynowania, podania niesteroidowych leków przeciwzapalnych i aplikowania zastrzyków sterydowych. Pacjenci prowadzili dzienniki, oceniając natężenie bólu (0-10) oraz codziennie kategoryzując się według skali Nirschla (0-7).

Wyniki: Średni okres obserwacji po zakończeniu terapii wynosił 9,5 miesiąca (pełny zakres to 6-24 miesięcy). Po autologicznej iniekcji krwi średnia ocena bólu zmalała z 7,8 do 2,3. Średni stopień Nirschla spadł z 6,5 do 2,0. U dziewięciu pacjentów, którzy otrzymali więcej niż jeden zastrzyk z krwi, średnia ocena bólu i stopień Nirschla przed wstrzyknięciem wynosiły odpowiednio 7,2 i 6,6. Po drugim wstrzyknięciu zarówno ocena bólu jak i skala Nirschla wyniosły 0,9. Dwóch pacjentów otrzymało trzeci zastrzyk, w wyniku którego zarówno ból jak i punktacja Nirschla osiągnęły wartość 0.

Wnioski: Po iniekcji krwi autologicznej u 22 pacjentów (79%), u których nie powiodły się wcześniejsze zabiegi niechirurgiczne, ból całkowicie ustąpił, nawet podczas intensywnego wysiłku fizycznego. Badanie to oferuje obiecujące rezultaty przy zastosowaniu alternatywnego, małoinwazyjnego leczenia patofizjologii bocznego zapalenia nadkłykcia, nie reagującego na tradycyjne metody niechirurgiczne.

Rezultaty autohemoterapii podczas całego okresu jej stosowania są tak przekonujące, że moją ulubioną hipotezą jest aktywacja komórek macierzystych przez autohemoterapię. Nie musi to wcale być daleko idący wniosek, biorąc pod uwagę, że badanie opublikowane w 2017 roku wykazało, iż elektroakupunktura (EA) poprzez aktywację układu nerwowego stymuluje uwolnienie do krwi obwodowej mezenchymalnych komórek macierzystych (MSC). Stawianie baniek i akupunkturę niekiedy uważa się za pośrednie metody autohemoterapii.

Moja matka chrzestna poddała się terapii komórkami macierzystymi w specjalistycznej klinice, a korzystne efekty uzyskane dzięki tej metodzie niekoniecznie były lepsze niż te, które zaobserwowała przy autohemoterapii i innych niekonwencjonalnych zabiegach. Autohemoterapia jest znacznie mniej inwazyjna niż leczenie komórkami macierzystymi, które polega na ekstrakcji komórek tłuszczowych z tkanki brzusznej lub ze szpiku kostnego kości biodrowej.

Rozważmy następujący cytat z przeglądu historycznego opublikowanego przez S.H. Shakmana w Podręczniku do autohemoterapii:

Co najmniej dwa niedawno opublikowane artykuły:

  • wykazały, że stosowanie zastrzyków z krwi pełnej jest porównywalne z wykorzystaniem komórek macierzystych krwi, a zatem jest to metoda preferowana ze względu na znacznie większą prostotę i szybkość podania; oraz
  • potwierdziły, że stosowanie krwi pełnej lub [pozyskanych z niej] komórek macierzystych jest lepsze niż użycie szpiku kostnego

Brazylijski lekarz dr Luiz Moura opowiada o swoich doświadczeniach klinicznych z autohemoterapią w wywiadzie dostępnym na YouTube. Warto posłuchać jego obserwacji, od potwierdzonej przez angiografię klinicznej poprawy stanu zdrowia w chorobie tętnic obwodowych po wyleczenie trądziku:

Niezależnie od powodów czyniących autohemoterapię tak przydatną, historia pomyślnych rezultatów jej stosowania jest rzeczywiście zadziwiająca, i zarówno ja sama, jaki i kilkoro moich przyjaciół, możemy potwierdzić jej skuteczność.

Czy autohemoterapia ma niepożądane skutki uboczne? Poza opisanym wyżej przypadkiem psychiatrycznym odnotowano również tymczasowo występujące krosty, pokrzywkę, gorączkę i ból wędrujący. Objawy te zdają się być znakiem kryzysu ozdrowieńczego [głównie z powodu oczyszczania się organizmu z toksyn], zazwyczaj ustępują po kilku dniach i zdarzają się głównie na początku terapii. W niektórych przypadkach nasiliła się łuszczyca. Więc jak zawsze, róbcie, co do was należy: pogłębiajcie wiedzę i skonsultujcie się z lekarzem przed rozpoczęciem jakiejkolwiek terapii.

Dr Gabriela Segura

Health Matrix

Literatura

Scott G. Edwards, James H. Calandruccio, „Autologous Blood Injections for Refractory Lateral Epicondylitis” (Zastrzyki z krwi autologicznej przy uporczywym zapaleniu nadkłykcia bocznego). The Journal of Hand Surgery, 2003. doi:10.1053/jhsu.2003.50041

John H. Owlin, Helen V. Ratajczak, Robert V. House. „Successful Treatment of Herpetic Infections by Autohemotherapy” (Skuteczne leczenie zakażeń herpetycznych przez autohemoterapię). The Journal of Alternative and Complementary Medicine, tom 3, nr 2, 1997, str. 155-158.

Robert H. Reddick, „Autohemotherapy in Psychiatry” (Autohemoterapia w psychiatrii). Maryland State Medical Journal (1955).

Gordon C. Sauer, „Evidence of Adreno-Cortical Stimulation by Autohemotherapy” (Dowody stymulacji nadnerczy przez autohemoterapię). The Journal of Investigative Dermatology. 1950.

Sale Shakman (1998) „Autohemotherapy Reference Manual: Definitive Guide & Historical Review. From Bloodletting to Stem Cells” (Podręcznik autohemoterapii. Przewodnik i przegląd historyczny, od upuszczania krwi do komórek macierzystych). Createspace

Dina Soliman, „New Erra with Auto-Haemotherapy” (Nowa era z autohemoterapią). Journal of Physical Science and Application 7 (2) (2017) 31-35. doi: 10.17265/2159-5348/2017.02.005

Artykuł na SOTT: Autohemotherapy: Re-Activating Your Body’s Natural Capacity to Heal

Tłumaczenie i źródło polskie: PRACowniA


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Półtora miliona Polaków zarabia mniej niż półtora tysiąca

aspo-1200x630

Strona główna &gt Polska &gt Półtora miliona Polaków zarabia mniej niż półtora tysiąca Półtora miliona Polaków zarabia mniej niż półtora tysiąca Jan Polska

Niemal co siódmy polski pracownik, czyli blisko półtora miliona Polaków, zarabiał na koniec 2017 roku mniej niż półtora złotych na rękę. Najgorzej wyglądała pod tym względem sytuacja pracowników branży budowlanej, gastronomicznej i hotelowej, ponieważ spora część pracowników niewielkich firm wykonuje najprostsze i jednocześnie najgorzej płatne prace. Jednocześnie analitycy uważają, że zwłaszcza w popularnej budowlance lwia część wynagrodzeń wypłacana jest „pod stołem”.

Dane na ten temat na potrzeby ‚Dziennika Gazety Prawnej” przygotował Główny Urząd Statystyczny, dysponujący informacjami na temat wynagrodzeń otrzymywanych przez Polaków w 2017 roku. Wynika z nich, że wśród osób zatrudnionych na umowę o pracę blisko 38 proc. otrzymuje zaledwie minimalne wynagrodzenie, czyli zarabia nie więcej niż 1,4 tys. złotych netto. Jedyna dobra wiadomość w tym kontekście jest taka, iż problem ten dotyczy głównie Polaków wykonujących prace sezonowe w gastronomii czy hotelarstwie.

Nieco gorzej wygląda jednak rzeczywistość w branży budowlanej, gdzie najniższą pensję wypłaca się jednej trzeciej pracowników. Specjaliści od rynku pracy uważają przy tym, że większość swojej płacy budowlańcy otrzymują „pod stołem”, czyli rozliczają się na czarno. Problemem jest jednak fakt, iż na rynku budowlanym wygrywają firmy oferujące najniższą cenę za wykonanie danej usługi, stąd nie posiadają one zbyt dużych zasobów finansowych.

W sumie aż 1 mln 521 tys. osób otrzymywało w końcu 2017 r. wynagrodzenie nieprzekraczające minimalnej płacy, czyli 2 tys. złotych brutto, a więc kwotę bliską 1459 złotych na rękę. Liczba takich pracowników wzrosła o 3,8 proc. w porównaniu z tym samym okresem roku poprzedniego.

Na podstawie: forsal.pl.

Za: http://autonom.pl/?p=24771

Data publikacji: 9.01.2018

III RPkomedia dobrobytuPartia interesów SyjonistycznychPiSPolska neokolonią syjonizmu
Read the full article – wolna-polska.pl

Zdrowie

Algorytm na smartfona diagnozuje lepiej od lekarzy

a-45

Strona główna &gt Zdrowie &gt Algorytm na smartfona diagnozuje lepiej od lekarzy Algorytm na smartfona diagnozuje lepiej od lekarzy a303 Zdrowie

Przed czterema laty informowaliśmy, że na University of Oxford powstaje oprogramowanie, która na podstawie wyglądu twarzy ma rozpoznawać rzadkie choroby genetyczne i zdiagnozowało zespół Marfana u prezydenta Lincona. Nie tylko jednak Brytyjczycy pracują nad takim oprogramowaniem.

W najnowszym numerze “Nature Medicine” opisano aplikację Face2Gene. Wykorzystuje ona algorytmy maszynowego uczenia się oraz sieci neuronowe do klasyfikowania charakterystycznych ech twarzy świadczących o zaburzeniach rozwoju płodowego i układu nerwowego. Aplikacja na podstawie zdjęcia stawia prawdopodobną diagnozę i wymienia inne, mniej prawdopodobne.

Autorem oprogramowania jest firma FDNA z Bostonu. Jej specjaliści najpierw nauczyli aplikację odróżniać zespół Cornelii de Lange i zespół Angelmana, które przejawiają się charakterystycznymi cechami twarzy, od innych podobnych schorzeń. Nauczyli go też klasyfikowania różnych form genetycznych syndromu Noonana.

Następnie algorytmowi dano dostęp do ponad 17 000 zdjęć zdiagnozowanych przypadków obejmujących 216 schorzeń. Gdy następnie oprogramowanie miało do czynienia z zupełnie nową fotografią, potrafiło z 65-procentowym prawdopodobieństwem postawić prawidłową diagnozę. Gdy zaś mogło podjąć kilka prób, odsetek prawidłowych diagnoz zwiększał się do 90%.
FDNA chce udoskonalić swoją technologię, jednak w tym celu potrzebuje dostępu do większej ilości danych. Dlatego też Face2Gene jest bezpłatnie dostępna dla lekarzy i badaczy, którzy wykorzystują ten system do pomocy w diagnostyce rzadkich schorzeń genetycznych. Korzystają z niego też lekarze, którzy nie mają punktu zaczepienie i w ogóle nie potrafią wstępnie zdiagnozować pacjenta.

Współautorka artykułu na temat Face2Gene, Karen Gripp, jest genetykiem w szpitalu dziecięcym w stanie Delaware i głównym lekarzem w firmie FDNA. Mówi ona, że algorytm pomógł jej w zdiagnozowaniu dziewczynki, którą leczy od sierpnia. Dzięki niemu doktor Gripp stwierdziła, że dziecko cierpi na zespół Wiedemanna-Steinera. Czterolatka nie ma zbyt wielu cech charakterystycznych tej choroby. Jest niska jak na swój wiek, straciła większość zębów mlecznych i zaczęły jej rosną stałe zęby.

Gripp postawiła wstępną diagnozę, a następnie zaprzęgła do pracy Face2Gene. Zespół Wiedemanna-Steinera, bardzo rzadkie schorzenie spowodowane mutacją genu KTM2A, został przez aplikację wymieniony na czele listy prawdopodobnych schorzeń. Badania DNA potwierdziły diagnozę. Uczona mówi, że dzięki aplikacji mogła zawęzić liczbę potencjalnych chorób i uniknąć konieczności znacznie droższego szeroko zakrojonego badania DNA.

Face2Gene powoli staje się coraz doskonalszy. Obecnie program ma do dyspozycji już 150 000 fotografii na podstawie których się uczy. W sierpniu, podczas warsztatów dotyczących wad genetycznych przeprowadzono nieoficjalne porównanie algorytmu i lekarzy. Wzięło w nim udział 49 genetyków klinicznych. Ludzie i algorytm mieli do dyspozycji 10 zdjęć dzieci z dość dobrze rozpoznawalnymi cechami charakterystycznymi różnych chorób. Tylko w przypadku dwóch fotografii dobrą diagnozę postawiło ponad 50% ludzi. Face2Gene dobrze zdiagnozował 7 na 10 przypadków.

“Polegliśmy całkowicie. Face2Gene był niesamowity” – mówi Paul Kruszka, genetyk z US National Human Genome Research Institute. Jego zdaniem już wkrótce każdy pediatra i genetyk będzie miał tego typu aplikację i używał jej równie często jak stetoskopu.

Mariusz Błoński

Na podstawie: Nature.com

Źródło: KopalniaWiedzy.pl


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Podejrzane ogłoszenie w internecie. Szykują operację fałszywej flagi w Polsce?

a-35-e1546966273109-1021x630

Strona główna &gt Polska &gt Podejrzane ogłoszenie w internecie. Szykują operację fałszywej flagi w Polsce? Podejrzane ogłoszenie w internecie. Szykują operację fałszywej flagi w Polsce? a303 Polska

Kilka dni temu, na stronie internetowej TheLocal.com opublikowano ogłoszenie o poszukiwaniu przez Valbin Corporation osób posługujących się obok angielskiego również językiem polskim, czeskim lub niemieckim, których rolą ma być odgrywanie roli „cywilów na polu bitwy” dla Armii Amerykańskiej . Oto treść ogłoszenia:

„Opis Stanowiska: Cywil na Polu Bitwy [Civilian on the Battle – COB] ma za zadanie wykonać pracę polegającą na odgrywaniu roli na poziomie profesjonalnym dla Armii Amerykańskiej w trakcie ćwiczeń terenowych. Celem jest stworzenie realistycznych scenariuszy treningowych po to, by przygotować personel wojskowy na rzeczywiste sytuacje krytyczne, które jednostki te prawdopodobnie napotkają podczas swych działań operacyjnych (kategoria zatrudnienia Guard I). Cywile na Polu Bitwy portretować będą mieszkańców wsi, jak też wykonywać pracę statystów, po to by zwiększyć realizm treningów dla jednostek wojskowych.

Wymagania:

  • kandydat musi przejść kontrolę rządu amerykańskiego (background check) i spełniać kryteria dla utrzymania ściśle tajnych spraw dotyczących bezpieczeństwa
  • musi przejść podstawowy test sprawności fizycznej
  • musi być w stanie pieszo pokonywać spore odległości (ponad 20km) niosąc bagaż w rękach i na ramionach, będąc jednocześnie pod symulowanym ostrzałem
  • musi być w stanie pracować w środowisku polowym, zarówno wewnątrz pomieszczeń jak i na zewnątrz, bez względu na warunki pogodowe
  • musi być w stanie pracować w trybie zmiany wynoszącej ponad 8 godzin
  • musi płynnie posługiwać się językiem angielskim i językiem niemieckim z wynikiem I lub II IRL (Interagency Language Roundtable)

Obowiązki:

  • Odpowiednie sportretowanie lokalnej populacji poprzez odegranie ról tłumaczy, urzędników, dygnitarzy, zwykłych mieszkańców miast, sił oporu etc.
  • Zastosowanie wiedzy o miejscowej kulturze do przedstawienia realistycznych scenariuszy wojskowych
  • Zapewnienie odpowiedniej repliki w mediach społecznościowych w stosunku do ludności docelowej

Wymagane języki:

  • angielski (ILR poziom II)
  • niemiecki (ILR poziom II)
  • czeski (ILR poziom II)
  • polski (ILR poziom II)”

Z jednej strony więc cała operacja ma mieć charakter ściśle tajny, z drugiej zaś „cywile na polu bitwy” mają zapewnić organizatorom relacje poprzez media społecznościowe mające trafić swym zasięgiem do „ludności docelowej” – czy te dwa punkty nie wykluczają się wzajemnie? Nie widzicie tu zgrzytu?

Dlaczego uznałam treść ogłoszenia za co najmniej zastanawiającą? Dlatego, że jak wiemy z przeszłości ćwiczenia tego typu niejednokrotnie znalazły odbicie w rzeczywistości. Tak było w 2001 roku, kiedy atak na wieże WTC miał miejsce dokładnie w tym samym czasie, kiedy wojsko przeprowadzało „symulację” ataku przy użyciu samolotów. Nie inaczej było z atakami w Madrycie i Londynie – które również miały miejsce akurat w dniu, kiedy przeprowadzano „ćwiczenia antyterrorystyczne” dokładnie w tych samych miejscach i o tym samym charakterze, jaki miały przeprowadzone ataki. Dwa lata temu pisałam o ogłoszeniu zamieszczonym w internecie o poszukiwaniu aktorów do protestów ulicznych w okolicach Charlotte, opublikowanym akurat niedługo przed bijatyką, jaka miała miejsce na kampusie w Charlottesville. Od dawna piszę o tym, że to co media głównego nurtu nazywają „terroryzmem” w rzeczywistości jest działalnością operacyjną służb, teatrem cieni, którego celem jest kontrola społeczeństwa przez zastraszenie.

Jeśli więc w przyszłości na terenie Polski, Czech lub Niemiec będzie mieć miejsce sytuacja kryzysowa pasująca do przedstawionego w ogłoszeniu opisu – wiedzcie, że jest ona wynikiem zaplanowanych działań służb.

Źródło: http://www.kuse.pl/podejrzane-ogloszenie-w-internecie-szykuja-operacje-falszywej-flagi-w-polsce/


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Czy Owsiak i jego WOŚP to słupy WSI…?

a-36

Strona główna &gt Polska &gt Czy Owsiak i jego WOŚP to słupy WSI…? Czy Owsiak i jego WOŚP to słupy WSI…? a303 Polska, Wyróżnione

Podkradanie funduszy WOSP nie jest największym grzechem Owsiaka.

Wielu trzeźwo patrzących ludzi od lat kręci głową, gdy co roku w styczniu jesteśmy epatowani (spontanicznym?) wybuchem „dobroci i dobroczynności” firmowanym przez wspomnianego dżentelmena…gdyż, jak to się mówi – „czują pismo nosem”…

Bo za dużo w tym cyrku, za dużo pajacowania, za dużo podprogowego grania na emocjach, za dużo ostentacji… i w sumie – za dużo wszystkiego… by było to prawdziwe i autentyczne.

Jednym słowem – wielu ludziom śmierdzi to po prostu hipokryzją, hucpą i przekrętem…

Zadziwiająca jest też skala publicznego wsparcia, o jakim mogą tylko sobie pomarzyć inne dobroczynne inicjatywy: wygląda na to, że na hasło „Juras i WOŚP” wszyscy dygnitarze i dysponenci publicznych zasobów aż prześcigają się, byle tylko nie uchybić protokołowi i nie spóźnić się ze złożeniem hołdu….

Od aktualnego prezydenta RP (oraz jego poprzedników), aż po szeregowych funcjonariuszy wojska, policji, straży pożarnej oraz innych służb mundurowych, zagonionych tam rozkazami swoich przełożonych.

„Cała Polska”„jak jeden mąż” melduje się co styczeń „Jurasowi”… Ale czy na pewno właśnie jemu…?

A ci, którym „pozwolono robić biznes i zarabiać pieniądze” prześcigają się w licytowaniu wystawionych przedmiotów, jakby od tego zależała ich przyszłość…?

Kol. „Jan Herman” spojrzał krytycznie na tę działalność w notce genialnie zatytułowanej przez admina – => Owsiak symbolem transformacyjnego zła w Polsce

I jest to b. charakterystyczny tekst, bo próby krytycznego spojrzenia na panajurkową filantropijną działalność koncentrowały się dotąd na wielkich zyskach, jakie pokątnie mu ona przynosi osobiście. Ja sądzę, że nie tędy droga…

Bo może by tak się na spokojnie przyjrzeć, że gdy rozkręcano ten biznes w latach 90., to kto był wtedy beneficjentem panajurkowych zakupów sprzętu medycznego?

Które to firmy zachodnie, i przez kogo u nas reprezentowane? I kto u nas był ich akcjonariuszem (kto zawczasu wiedział, które akcje nabyć)?

A jak to wygląda obecnie…??? Nadal te same środowiska…?

A jak ten biznes się dzisiaj kręci, „jak Polska długa i szeroka”? Jakie spółki i spółeczki co roku obsługują go lokalnie, w miastach, wsiach i gminach?

I czy jest to „wolny”, czy „taki jakby zamknięty”rynek? Ktoś”z zewnątrz”jest do tego tortu dopuszczany, czy jedynie ludzie rekomendowani przez „smutnych fachowców w drogich garniturach”…? I jak bardzo zawyżone „fakturki” są wtedy wystawiane? Przypominają one normalne rozliczenia za normalne stawki, czy raczej haracz „za opiekę i ochronę”?

No, i jak to lokalnie u was wygląda, drodzy wyznawcy „świętego Jurka”??? Wszyscy dostarczają usług „za friko”…? Czy raczej za wszystko płacą lokalni podatnicy…?Ale czy faktyczne koszty pozyskania aby nie przekraczają uzbieranej co rok kwoty…?

Niewątpliwie Owsiaka wysłano w bój w roku 1993, by ściągnął od umiejętnie otumanionej publiki przysłowiowy „wdowi grosz”,pozwalający stosownie umocowanym na „rozkręcenie i robienie byznysu”…

Trick stary jak świat… bo na biedne i chore dzieci, to każdy da się nabrać…

A ile też pieniążków trafia do Owsiaka z puszek, a ile stanowią sowite wpłaty „tłustych misiów”?

Ale sam Owsiak nie jest tu najważniejszy, bo to najwyraźniej słup mający jedynie maskować sedno mafijnego biznesu – dużo ważniejsze jest jak traktowani są i jak byli dotąd tam traktowani konkurenci, również mający do zaoferowania porównywalny sprzęt medyczny – może nawet na lepszych warunkach, niż ci, co to „mieli wygrać” i faktycznie wygrywali przetargi?

Bo „Juras”, jako charytatywny biznesman z głową na karku, to chyba organizował przetargi…?

I z szacunku do tych setek tysięcy, a może nawet i milionów ludzi, którzy co roku wspierali swymi pieniędzmi jego kwestę, kupował sprzęt – nie jakieś tam badziewie za niebotyczną cenę, ale taki naprawdę ratujący życie – i to tak, by za daną kwotę kupić tego jak najwięcej?

Czyj interes jest tu w końcu najważniejszy – producenta (lub jego polskiego agenta), czy też konsumenta (użytkownika)?

I dlaczego wsparcie WOSP ogranicza się do „czystego” zakupu sprzętu, bez funduszy na jego obsługę i serwisowanie? Czy dostarczony, oklejony serduszkami, ale słabo wykorzystywany sprzęt naprawdę pomaga potrzebującym?

A taki łebski biznesman, jak Owsiak, powinien być dziś w stanie udokumentować proces podejmowania tak ważnych, bo idących corocznie w dziesiątki milionów złotych, decyzji, prawda?

Bo skoro robi już tę dobroczynność za zebrane środki, to chyba darczyńcy mają prawo zapytać, jak ich fundusze zostały przez niego rozdysponowane?

Chociaż, kto go tam wie – zleceniodawcy mogli być na tyle przebiegli, że w papierach „wszystko jest OK” – bo konkurenci „wiedzieli kiedy się wycofać”(albo w ogóle nie ryzykować konfrontacji – no bo kto „będzie się kopać z koniem”)…?
Ale może jednak zgubiła „tych smutnych”pycha i poczucie bezkarności, kto wie…

Krótko mówiąc – do kogo (i w jakich okolicznościach) trafiło dotąd ponad 800 milionów złotych – bo z zebranej kwoty 950 milionów, to ile dotąd „szło na Jurasa”- 5-10%?? Mniej? Więcej?

Bo chyba „da się”tu przedstawić rzetelne rozliczenie…?

A czy WOŚP byłaby wogóle w stanie znieść zwykły obiektywny audyt finansowy oraz prześwietlenie wszystkich swoich przepływów bankowych? Bo pokazanie pozycji „na sprzęt medyczny tylo to a tyle milionów”nie jest akceptowanym rozliczeniem….

Ale skoro Owsiak uporczywie i bezkarnie nie dostarczał NA WEZWANIE ksiąg rachunkowych sądowi… to któż to taki od lat sprawuje nad nim kryszę? I w sądach, i w mediach? „Główny wajchowy”…?

Spróbowałby tak się zachować przysłowiowy Kowalski…

Ale jedno jest pewne – żadna prokuratura – ani „ziobrowa”, ani peowska – nigdy na poważnie nie zajmie się tą sprawą – bo „magdalenkowe dagawory”na to nie pozwalają…

No bo jak to – tak po prostu, „ordynarnie i bez finezji”zamachiwać się na „ojców założycieli”,którzy nie tylko, że pod egidą paktu – => Jaruzelski-Rockefeller przeprowadzili całą „transformację”, ale do tego nadal potrafią „dosięgnąć i zdyscyplinować”każdego, kto nieopatrznie ”wchodzi im w paradę”?

Zaraz, zaraz, czy to nie pisowski poseł Pięta – najwyraźniej nie dość wtajemniczony w arkana życia publicznego III RP – miał w zeszłym roku brzydką przypadłość, że jego kuriozalny romans z pewną damą został tak nagłośniony, że złamał mu reputację i karierę?

Ten sam Pięta, który przed dwoma laty gromko i nieopatrznie grzmiał,„Jeżeli funkcjonariusz publiczny angażuje się w hecę WOŚP – niech nazajutrz składa raport o zwolnienie ze służby”?

No i z miejsca pojawiła się pewna trójmiejska dama (tak, tak – z tego samego matecznika, skąd nam podsyłano kolejne fale kadr „wolnej Polski” – premierów, ministrów, menadżerów, ekspertów, prezydentów itp.) – i poseł Pięta został do cna skompromitowany… i więcej ani posła Pięty, ani jego „jątrzących wypowiedzi”chyba już nie będzie.

P.S. Miałem już okazję, bo nie przyjemność, kilka razy bliżej przyjrzeć się temu tematowi…

w roku 2013 – => Owsiak i Palikot agentami NWO na Polskę

i w roku 2017 – => Owsiak noblistą? Ha, ha, ha…

P.S. 2 Bo pamiętajcie – wedle lewacko-liberalnej religii – „pierwszy milion trzeba ukraść” – może być z FOZZ, może też być z drobnych datków…

Docent zza morza

Źródło: https://zdaniemdocenta.neon24.pl/post/147093,czy-owsiak-i-jego-wosp-to-slupy-wsi


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Afera Sikorskiego wykazuje tylko tyle, że PIS jest jeszcze gorszy niż PO

ata

Strona główna &gt Polska &gt Afera Sikorskiego wykazuje tylko tyle, że PIS jest jeszcze gorszy niż PO Afera Sikorskiego wykazuje tylko tyle, że PIS jest jeszcze gorszy niż PO AdRo203 Polska

Jakież to oburzenie – Tusk miałby dyskutować z Putinem o podziale Ukrainy, a Polska miałaby na tym skorzystać, jakie to straszne. PiS nigdy by tego nie zrobił – nigdy! Przecież Geremek to potępił już dawno temu, Polska ma być mała i słaba, a najlepiej żadna. Jedno to, co PiS ma w głowie to bezwarunkowe podkładanie się żydom, a ci dążą do zagłady Polski.

Red. Gazeta Warszawska

Minister od „robienia łaski” ujawnił wrażliwe informacje. Frustracja wzięła górę nad rozumem?

Były minister spraw zagranicznych Radosław Sikorski po odejściu ze stanowiska, wielokrotnie dawał wyraz swojej frustracji, udzielając mediom kontrowersyjnych wypowiedzi. Sikorski publicznie krytykował obecne władze Polski, nie unikając szyderczego tonu, jednak to, co pojawiło się w jego ostatnio opublikowanej książce, każe postawić pytanie o lojalność byłego ministra w stosunku do polskiego państwa. W publikacji tej Sikorski podzielił się ze światem wiedzą na wrażliwe dla państwa tematy. Wskazał m.in. gdzie CIA miało swoje centrum przesłuchań – podał „Dziennik Gazeta Prawna”, komentując książkę byłego szefa MSZ „Polska może być lepsza”.

„Neoficką nadgorliwością wykazano się wówczas, gdy udostępniono Centralnej Agencji Wywiadowczej ośrodek w Starych Kiejkutach (…) sposób załatwienia tej sprawy nosi znamiona braku szacunku dla własnego państwa. Nie zadbano o podpisanie stosownych porozumień”

W publikacji – jak zauważa „DGP” – b. szef dyplomacji podaje też dane precyzujące, gdzie konkretnie przesłuchiwano obcokrajowców:

„Może jedyną korzyścią z wasalnego epizodu centrum przesłuchań w Kiejkutach jest to, że willę, w której Amerykanie trzymali terrorystów, później dla niepoznaki wyremontowano, dzięki czemu miałem godziwe warunki noclegowe podczas dorocznych spotkań z młodym narybkiem naszych szpiegów”.

– napisał były minister.

Dziennik zaznacza, że Radosław Sikorski w swojej książce nie ogranicza się do więzień CIA.

„Sugeruje też np. powiązania polskich dyplomatów z wywiadem i chwali się, jaki był stan wiedzy polskiego rządu podczas wojny w Gruzji. Pisze też o tym, że Polska blefowała, twierdząc, że Nord Stream zagrozi rozwojowi portu LNG w Świnoujściu”

– podał dziennik.

Podkreślono też, że Sikorski w swojej publikacji wraca do propozycji rozbioru Ukrainy, którą Władimir Putin złożył Donaldowi Tuskowi – propozycja miała paść nie w Moskwie, ale w Sopocie.

Książkę „Polska może być lepsza. Kulisy polskiej dyplomacji” opublikował jesienią ub.r. Społeczny Instytut Wydawniczy Znak (Znak Horyzont). W publikacji – jak podaje wydawca – Sikorski jako wykładowca Uniwersytetu Harvarda, były minister obrony i spraw zagranicznych – odpowiada na pytania m.in. dotyczące Unii Europejskiej, zagrożeń związanych z polityką imperialną Rosji, także gwarancji dla Polski ze strony Stanów Zjednoczonych.

Wiceszef MSZ Bartosz Cichocki w rozmowie z „DGP” ocenił, że książka Sikorskiego jest przejawem braku odpowiedzialności.

„Tak robi osoba, która żegna się z polityką. Trudno oceniać, gdy ktoś najpierw pisze, a potem myśli o tym, co napisał”

– powiedział Cichocki, który w resorcie odpowiada za politykę wschodnią, a wkrótce będzie ambasadorem Polski na Ukrainie.

https://m.niezalezna.pl/253254-minister-od-robienia-laski-ujawnil-wrazliwe-informacje-frustracja-wziela-gore-nad-rozumem

====

O polityku, który albo jest mitomanem, albo zdradza sekrety państwa. Długi język ministra Sikorskiego [OPINIA]

| Aktualizacja:

Radosław Sikorski podzielił się ze światem wiedzą na wrażliwe dla państwa tematy. Bez hamulców. Wskazuje, gdzie CIA miało swoje centrum przesłuchań. Wraca do propozycji rozbioru Ukrainy, którą Władimir Putin złożył Donaldowi Tuskowi. Spekuluje na temat podwójnych etatów dyplomatów. Tak daleko nie posunął się dotąd żaden polski urzędnik.

Liczący 7 tys. stron raport amerykańskiego Senatu na temat tajnych więzień CIA założonych poza granicami USA po 11 września 2001 r. jest do dziś dokumentem tajnym. Jego jawny skrót z 2014 r. to zaledwie 712 stron. Ani razu nie pada w nim nazwa konkretnego państwa współpracującego z amerykańskim wywiadem. Jak do tej pory najdalej w potwierdzeniu informacji, że w tym gronie była Polska, poszedł Aleksander Kwaśniewski. W 2014 r. – podczas konferencji prasowej komentującej raport – mówił o współpracy z Amerykanami i memorandum, które zaproponowano wówczas Waszyngtonowi, a które miałoby gwarantować przestrzeganie praw osób przetrzymywanych w Polsce.

Radosław Sikorski w wydanej niedawno książce „Polska może być lepsza. Kulisy polskiej dyplomacji” idzie znacznie dalej. Precyzuje, że były to „centra przesłuchań” i że przetrzymywano tam „terrorystów”. Mówi o konkretnej willi, w której do tego dochodziło. I że Amerykanie za wszystko płacili. Chwali się, że miał okazję nocować w budynku, którego przeznaczenie do tej pory pozostawało tylko prasową spekulacją.

Zapytaliśmy osoby związane z dyplomacją i służbami specjalnymi o ocenę książki Radosława Sikorskiego. Wiceszef MSZ odpowiedzialny m.in. za politykę bezpieczeństwa i wschodnią Bartosz Cichocki uznał, że podawanie takich rewelacji jest nieodpowiedzialne. Tak robi osoba, która żegna się z polityką. Trudno oceniać, gdy ktoś najpierw pisze, a potem myśli o tym, co napisał – powiedział w rozmowie z DGP Cichocki. Proszący o zachowanie anonimowości były pracownik polskich służb specjalnych zapewnia, że konwencja, w której jest utrzymana publikacja, jest co najmniej dziwna.

Miesza się wiele wątków. Bezwartościowe informacje przeplatane są bardzo wrażliwymi danymi – komentuje. Wiele podawanych faktów jest bardzo prawdopodobnych. Nie oznacza to jednak, że po zaledwie kilku latach od tych wydarzeń należy je ujawniać. To co jest wartościowe dla dziennikarzy, nie musi służyć państwu – dodaje. Były wysokiej rangi polski dyplomata mówi wprost, że Sikorski poszedł za daleko. Nie wierzyłem, że to się ukazało – komentuje. Z kolei zwolennicy Sikorskiego przekonują, że „taki jest Radek”, a styl odzwierciedla okres, gdy był ministrem. Był problem z jego nadmierną szczerością – przyznaje jeden z nich.

Książka Radosława Sikorskiego ukazała się jesienią. Jednak jak wynika z naszych rozmów, ani po stronie opozycji, ani rządu rewelacje ujawniane przez byłego ministranie są powszechnie znane. Z tego powodu wiele osób nie chce ich komentować oficjalnie. Tymczasem sensacyjnych danych jest masa.

„Neoficką nadgorliwością wykazano się wówczas, gdy udostępniono Centralnej Agencji Wywiadowczej ośrodek w Starych Kiejkutach (…) sposób załatwienia tej sprawy nosi znamiona braku szacunku dla własnego państwa. Nie zadbano o podpisanie stosownych porozumień” – pisze w swojej najnowszej książce Radosław Sikorski. Dorzuca dane precyzujące, gdzie konkretnie przesłuchiwano obcokrajowców: „Może jedyną korzyścią z wasalnego epizodu centrum przesłuchań wKiejkutach jest to, że willę, w której Amerykanie trzymali terrorystów, później dla niepoznaki wyremontowano, dzięki czemu miałem godziwe warunki noclegowe podczas dorocznych spotkań z młodym narybkiem naszych szpiegów”. W Starych Kiejkutach istotnie od października 1972 roku mieści się szkoła oficerska polskiego wywiadu. Informacja o willi, w której miało dochodzić do torturowania podejrzanych, od lat krążyła jako nieoficjalna i niepotwierdzona. Amerykańska prasa pisała o tym budynku i jego remoncie. Żaden polski polityk ani urzędnik w obawie o postawienie zarzutów ujawnienia tajemnicy państwowej nie zdecydował się jednak, by pójść tak daleko w doprecyzowaniu tych doniesień.

Rozważania o Starych Kiejkutach to jednak dopiero początek. Były szef dyplomacji potwierdza ofertę rozbioru Ukrainy złożoną przez Władimira Putina Donaldowi Tuskowi, mimo że były premier RP od lat przekonuje, że na molo rozmawiał jedynie o pogodzie. Sikorski zdradza, jak Polska blefowała, kiedy twierdziła, że budowa gazociągu północnego zablokuje rozwój terminalu LNG w Świnoujściu. Wikła się też w groźne rozważania na temat niejawnych etatów byłych pracowników MSZ, wskazanych z imienia i nazwiska.

Więzienia CIA

Jeszcze w styczniu 2014 r. ówczesny szef MSZ prezentował znacznie bardziej zachowawcze stanowisko. Nie będę komentował spekulacji prasowych dotyczących rządów SLD, gdy sprawa jest, zresztą tylko u nas, przedmiotem dochodzenia prokuratorskiego – mówił Sikorski. W ten sposób odniósł się do opublikowanego wówczas w „Washington Post” artykułu, według którego Polska za Kiejkuty wzięła od USA 15 mln dol. Więzienia były wówczas jedynie domniemane, a doniesienia na ich temat „spekulacjami”. Teraz jest inaczej. „Decyzja o udostępnieniu Starych Kiejkut była ryzykowna i nawet zrozumiała w kontekście szoku po ataku na naszego najważniejszego sojusznika” – czytamy w książce. „Myślę, że prokuratorskie śledztwo w tej sprawie też jest nadgorliwością, ale skoro pozwolono sobie na bezumowne branie milionów dolarów gotówki w kartonach, to prokuraturze trudno się dziwić”.

Sikorski potwierdza zatem, że za „udostępnienie Starych Kiejkut” CIA płaciło Polsce. To co opisywał „Washington Post” w tekście z 2014 roku – podając, że chodzi konkretnie o Polskę i obiekt Kwarc – przestało być spekulacją. Pieniądze istniały. Do tego „brano je bezumownie” i „w kartonach”. „Washington Post” pisze, że na remont willi, w której przesłuchiwano – Amerykanie wydali 300 tys. dol. Sikorski potwierdza, że taki remont rzeczywiście miał miejsce. Jak rozumiem minister nie pisze o tym wszystkim na podstawie doniesień prasowych. Jego publikacja ma indeks osobowy i geograficzny. Podane są również źródła ilustracji. Nie ma jednak wzmianki, by autor powoływał się na tekst „Washington Post” czy jakikolwiek inny. Sikorski stylizuje się na osobę, która zna zagadnienie od środka. Zza kulis.

Rozbiór Ukrainy

Minister na luzie wraca do – wydawałoby się zamkniętego – tematu rozbioru Ukrainy, który miał sugerować naszym władzom Władimir Putin. Po raz pierwszy były szef MSZ wspomniał o tym w rozmowie z portalem Politico w 2014 r., za co niemal wylądował na marginesie polityki. W tej wersji oferta rozbioru miała paść podczas wizyty Donalda Tuska w Moskwie w 2008 roku. (Rosja – red.) chciała, byśmy przyłączyli się do rozbioru Ukrainy. Chciała, byśmy zaangażowali swe wojska na Ukrainie. (…) To była jedna z pierwszych rzeczy, jakie mojemu premierowi Donaldowi Tuskowi powiedział Putin. Stwierdził wtedy, że Ukraina to sztucznie stworzony kraj, że Lwów jest polskim miastem i że moglibyśmy to wspólnie rozwiązać. Na szczęście Tusk nie odpowiedział. Wiedział, że jest nagrywany – mówił cztery lata temu Sikorski w Politico.

Gdy po tych słowach rozpętało się piekło, oświadczył, że doszło do „nadinterpretacji”, a on sam nie autoryzował tekstu. Później dodał, że „zawiodła go pamięć”. W książce znów zmienia kurs. Precyzuje, że o „polskim Lwowie” Putin mówił podczas wizyty w Trójmieście we wrześniu 2009 r. „Sopocka aluzja Putina” sugerowała „podzielenie się wpływami na Ukrainie” i potencjalne „korzyści z porozumienia z Rosją„. Na taki krok nie zdecydowano się, gdyż „grając z Moskwą, moglibyśmy skompromitować się na Zachodzie i niczego nie osiągnąć na Wschodzie”. Te słowa właściwie w pełni potwierdzają tezy Sikorskiego z Politico. Różnica dotyczy niuansów. W złym świetle stawia to politykę resetu wobec Rosji, uprawianą przez Donalda Tuska. Okazuje się bowiem, że mimo krytycznego stanowiska rządu wobec „sopockiej aluzji” (co wyraźnie zaznacza w książce Sikorski) Polska dalej w ten reset brnęła.

Drażliwe personalia

Równie mięsiste są wątki dotyczące konkretnych, wymienionych z imienia i nazwiska, pracowników MSZ. Pod koniec grudnia 2018 r. były dyplomata w Moskwie, następnie chargé d’affaires RP w Mińsku, a dziś publicysta DGP i Onetu Witold Jurasz w tym ostatnim portalu wyraził żal, że Sikorski sugeruje jego pracę dla służb wywiadowczych (pisze m.in. o Juraszu jako osobowym źródle informacji amerykańskiego wywiadu). Ujawnia przy okazji domniemane zaangażowanie jego ojca (również dyplomaty) w rozmowy o rozbrojeniu Libii z broni masowego rażenia.

Fakt pracy bądź współpracy z wywiadem (w grę teoretycznie wchodzić mogłyby Agencja Wywiadu bądź Służba Wywiadu Wojskowego) objęty jest tajemnicą państwową o najwyższej klauzuli – ściśle tajne. Pisząc o tym, iż trudniłem się „szpiegowskim fachem”, minister Sikorski albo więc napisał nieprawdę, albo dopuścił się ujawnienia tajemnicy państwowej, co jest przestępstwem – napisał w Onecie Witold Jurasz. Publicysta przywoływał amerykański przypadek Valerie Plame. Po artykule, w którym ujawniono, że jest ona agentką CIA, w Stanach Zjednoczonych wybuchł skandal. Prokuratura skierowała akt oskarżenia przeciw byłemu szefowi gabinetu wiceprezydenta Dicka Cheneya, Lewisowi „Scooterowi” Libby’emu, który miał stać za przeciekiem. Różnica polega jednak na tym, że Libby nie ujawnił tej informacji w książce wydanej pod swoim nazwiskiem. Jego tożsamość – jako informatora gazety – chroniła tajemnica dziennikarska. W rozmowie z DGP Witold Jurasz nie chce wracać do tematu. W zasadzie nie mam nic do dodania, poza tym, co napisałem w swoim felietonie – mówi.

Blef w Świnoujściu

Wisienką na torcie jest ujawnienie przez Sikorskiego, jak polski rząd blefował, przekonując, że Nord Stream zablokuje terminal LNG w Świnoujściu. Albo podanie, że wiedzieliśmy przed Amerykanami o przekroczeniu przez rosyjskie oddziały podczas inwazji na Gruzję w 2008 r. Tunelu Rokijskiego, który łączy Osetię Płn. z Południową (żaden rozsądny kraj nie chwali się w taki sposób swoimi sukcesami wywiadowczymi).

W przypadku LNG według Sikorskiego zagrożenie dla portu ze strony Nord Streamu miało być jedynie „tzw. tematem” wywołanym przez lokalnych polityków PiS. Niemcy mieli zapytać wówczas o plany rozwoju terminalu. „Niestety port niczego takiego nie był w stanie pokazać” – pisze Sikorski. Obawy zachodniopomorskiego PiS rzeczywiście mogły być niedorzeczne, a port mógł nie mieć argumentów. Praktyka dyplomatyczna zna jednak przypadki blokowania pewnych projektów za pomocą mniej lub bardziej udanej propagandy. Nord Stream miał więc szkodzić również ptakom na wyspach Wolin i Uznam. I być niebezpieczny dla zatopionych w Bałtyku podczas II wojny światowej chemikaliów. Próżno jednak szukać przykładów, kiedy państwo z własnej i nieprzymuszonej woli przyznaje się do sięgania po takie metody.

Jest bardzo prawdopodobne, że Radosław Sikorski należy do wąskiego grona najzdolniejszych polskich polityków. Swoim talentem reporterskim, który objawił się w doskonałych „Prochach świętych”, opisujących podróż autora do Heratu w czasie sowieckiej inwazji na Afganistan, dorównuje takim pisarzom, jak Józef Mackiewicz w „Kontrze” czy „Lewej wolnej”. To ten sam chirurgiczny styl i precyzja. Czym innym jest jednak satysfakcja czytelnika, a czym innym świadomość konsekwencji spraw ujawnianych z pozycji byłego ministra (zakładając oczywiście, że są prawdziwe). Niewykluczone, że na taki ruch może sobie pozwolić polityk supermocarstwa. Za nadmierną szczerość byłych prezydentów USA mogą płacić co najwyżej współpracownicy Ameryki. Przy ujawnianiu kulisów naszej dyplomacji obciążony zostanie rachunek państwa polskiego.

https://wiadomosci.dziennik.pl/polityka/artykuly/588610,radoslaw-sikorski-wiezienia-cia-tusk-putin-rozbior-ukrainy-nord-stream-2.html

Za: https://gazetawarszawska.com/index.php/politics/2868-afera-sikorskiego-wykazuje-tylko-tyle-ze-pis-jest-jeszcze-gorszy-niz-po

7.01.2019

Polska neokolonią syjonizmupolskojęzyczna demonokracja parchlamendarna i kałtura polskojęzycznych elitpolskojęzyczna syjono-żydomasoneriaRadosław Sikorski
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Abp Sawa: Słyszałem, że Prawy Sektor badał możliwości wizyty Epifaniusza w Polsce

aho-1200x630

Strona główna &gt Polska &gt Abp Sawa: Słyszałem, że Prawy Sektor badał możliwości wizyty Epifaniusza w Polsce Abp Sawa: Słyszałem, że Prawy Sektor badał możliwości wizyty Epifaniusza w Polsce Ogarek Polska

Zwierzchnik Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego wyraźnie dał do zrozumienia, że nie uznaje nowo powstałego Prawosławnego Kościoła Ukrainy za legalny a jego zwierzchnika Epifaniusza za osobę duchowną. Wskazał także na zagrożenie dla polskiego prawosławia, które jego zdaniem wiąże się z obecnymi wydarzeniami na Ukrainie.

Portal tygodnika „Polityka” opublikował w niedzielę wywiad z prawosławnym arcybiskupem Sawą, metropolitą Warszawy i całej Polski, w którym zwierzchnik polskiego prawosławia wyjaśnił, jaki jest stosunek Polskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego (PAKP) do przemian zachodzących w ukraińskim prawosławiu. Według niego biskup Epifaniusz wybrany w grudniu na zwierzchnika Prawosławnego Kościoła Ukrainy (PKU) nie jest nawet osobą duchowną.

„Temu młodemu, świeckiemu człowiekowi wyrządzono wielką krzywdę, mianując go metropolitą. W świetle prawa kanonicznego nie jest przecież duchownym. Nie jest wyświęcony w kanonicznej cerkwi.” – wyjaśnił abp Sawa.

Metropolita Warszawy i całej Polski zaprzeczył, że jest przeciwny autokefalii (niezależności) ukraińskiego prawosławia. Jak stwierdził, stoi na stanowisku, że każdy naród ma prawo do autokefalicznej Cerkwi, lecz jej powstanie powinno być zgodne z prawosławnym prawem kanonicznym. W jego opinii tak nie stało się w przypadku Ukrainy. Według niego Patriarcha Konstantynopola Bartłomiej nie mógł zdjąć klątwy ze zwierzchników dwóch Kościołów współtworzących PKU, patriarchy Filareta oraz metropolity Makarego, ponieważ nie on ją nałożył.

„Rozłamowców z Ukrainy tworzących Kijowski Patriarchat i Autokefalię wykluczył 20 lat temu Patriarchat Moskiewski i jedynie on ma prawo przywrócić ich na łono kościoła, a nie patriarcha Konstantynopola Bartłomiej. Oczywiście pod warunkiem, że rozłamowcy wyrażą skruchę i odbędą pokutę. Później mogą przyjąć święcenia i wspólnie tworzyć autokefaliczną cerkiew na Ukrainie.” – stwierdził abp Sawa.

Hierarcha jest zdania, że „sprawy zaszły za daleko” i rozwiązanie obecnej sytuacji, którą nazwał „stworzoną przez szatana”, leży „już tylko w rękach Boga”. Według niego ewentualne wydanie tomosu o autokefalii dla PKU [wywiad był udzielony przed uroczystościami w Stambule – red.] doprowadzi do „chaosu”. Wyraził żal, że jednoczenie prawosławia na Ukrainie nie odbywa się przez jednoczenie wiernych. W jego opinii „władze Ukrainy powinny najpierw zjednoczyć kraj, zakończyć wojnę i wtedy dopiero zająć się sprawami cerkwi”. Abp Sawa wskazał także na fakt, iż „na Ukrainie wszystko jest po komunistycznemu w rękach państwa, ono może nawet pozbawić cerkiew rejestracji”.

Abp Sawa zapewnił, że stanowisko PAKP jest niezależne od Moskwy i wynika z prawa kanonicznego. Nie chciał komentować zarzutów, jakoby Ukraiński Kościół Prawosławny Patriarchatu Moskiewskiego popierał aneksję Krymu i wojnę na wschodzie Ukrainy twierdząc, że nie zajmuje się prawami politycznymi.

Metropolita Warszawy i całej Polski wskazał na zagrożenie dla prawosławia, także polskiego, które jego zdaniem wiąże się z wydarzeniami na Ukrainie. „Nie można też wykluczyć, że w Polsce, gdzie mieszka ponad milion Ukraińców, pojawi się grupa wiernych, dla których Filaret będzie próbował organizować w Polsce swoje parafie. Niedawno słyszałem, że Prawy Sektor już badał możliwości wizyty w Polsce Epifaniusza. Czeka nas chaos.” – uważa abp Sawa.

W sobotę portal Onet podał, że abp Sawa w liście do Patriarchy Bartłomieja napisał, iż nadanie aktu niezależności ukraińskiej cerkwi jest niekanoniczne a jedynym legalnym Kościołem prawosławnym na Ukrainie jest Cerkiew podległa Patriarchatowi Moskiewskiemu, którą kieruje metropolita kijowski i całej Ukrainy Onufry. Była to odpowiedź Sawy na wezwanie Bartłomieja do uznania PKU.

Przypomnijmy, że 15. grudnia 2018 roku w Kijowie pod egidą ukraińskich władz oraz Patriarchy Konstantynopola odbył się sobór zjednoczeniowy w którym wzięli udział przedstawiciele Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Kijowskiego, Ukraińskiego Autokefalicznego Kościoła Prawosławnego oraz dwóch biskupów Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego Patriarchatu Moskiewskiego. Po synodzie prezydent Ukrainy ogłosił powstanie nowej struktury, którą nazwał Ukraińskim Miejscowym Autokefalicznym Kościołem Prawosławnym (używa się wobec niego także nazwy Prawosławny Kościół Ukrainy). Zjazd został zbojkotowany przez większość hierarchów Ukraińskiego Kościoła Prawosławnego podległego Patriarchatowi Moskiewskiemu. W dniu dzisiejszym w Stambule Patriarcha Bartłomiej wręczył tomos o autokefalii PKU jego zwierzchnikowi, biskupowi Epifaniuszowi.

Kresy.pl / polityka.pl / onet.pl

Za: https://kresy.pl/wydarzenia/religia/abp-sawa-slyszalem-ze-prawy-sektor-badal-mozliwosci-wizyty-epifaniusza-w-polsce/

Data publikacji: 7.01.2018


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Polska wieś w agonii wbrew załganej euro-propagandzie

aro-1200x630

Strona główna &gt Polska &gt Polska wieś w agonii wbrew załganej euro-propagandzie Polska wieś w agonii wbrew załganej euro-propagandzie Jan Polska

Pani Anna Bryłka opowiada w programie mediów narodowych o zmarnowanym potencjale polskiej wsi i to jest optymizm ponieważ polska wieś, taj jak i cała Polska, znajduje się w stanie agonalnym.

Media Narodowe 7.01.2019


Read the full article – wolna-polska.pl