imalopolska

najnowsze wiadomości

March 2018

Świat

Bezzębny zachodni szatan ciągle groźny!

aaa-1

Strona główna &gt Świat &gt Bezzębny zachodni szatan ciągle groźny! Bezzębny zachodni szatan ciągle groźny! Jan Świat 1

Na kanale Infowar zaprezentowano niedawno anonimowy wywiad z jednym z pracowników amerykańskich służb specjalnych, w którym stwierdza on wyraźnie , że de facto rządzący USA tzw. „deep state” tak głęboko uwikłał się w kryminalną działalność, że jedyną ucieczkę od odpowiedzialności upatruje w rozpętaniu jak największej ilości wojen i niepokojów w samych Stanach. Przytoczył on przykłady najnowszych prowokacji (tzw. false flag incidents), takich jak strzelanina w szkole na Florydzie i odkrycie broni chemicznej w Syrii, którą rzekomo dostarczyła Assadowi Korea Północna, co da pretekst do agresji przeciw tym dwóm państwom. Wojna „proxy” Zachodu z Syrią toczy się zresztą od wielu lat, ale dopiero kilka dni temu Iran przedstawił twarde dowody współpracy USA z terrorystami islamskimi.

W naszym regionie posuwa się intensywna militaryzacja oraz nasycanie amerykańskim sprzętem i personelem tamtejszych państw członków NATO. Żurnal Strategic Culture tak konkluduje tą sytuację w swym najnowszym artykule[iv] (cytuję):

„Zobaczymy jak długo działania NATO będą kontynuowane zanim militaryzacja Europy wschodniej całkowicie wymknie się spod kontroli; a być może już minęliśmy punkt z którego nie ma powrotu i obserwujemy jedynie iluzoryczny spokój przed burzą.”

W okresie zimnej wojny bezpieczeństwa strzegł tzw. „szalony”, czyli MAD[v] (mutual assured destruction), dziś żydowscy neokonserwatyści koncept ten całkowicie odrzucili. Tak przynajmniej było do 1 marca tego roku, kiedy to Putin w swym dorocznym orędziu przedstawił[vi] najnowszą strategiczną broń, którą Rosja natychmiast użyje w przypadku napaści na nią lub jej sojuszników.

Wśród zachodnich „polityków” i koszernych mediów korporacyjnych zawrzało. Z jednej strony oskarżają Putina o „agresję” z długiej wyją o tym, że jest to tylko blef i żadnej broni nie ma.

Kłam temu zadaje wypowiedź amerykańskiego generała odpowiedzialnego za obronę strategiczną, stwierdzająca że Stany przygotowane były do przechwytywania balistycznych rakiet, podczas gdy teraz mają do czynienia z nową generacją hipersonicznych pocisków, których zniszczyć nie ma czym. Ze smutna miną dodał, że „teraz trzeba zaczynać wszystko od początku”. Do ogłupionego totalną propagandą medialną zachodniego społeczeństwa[vii] informacje te nie docierają, a oznaczają one ni mniej ni więcej to, że Rosja w każdym momencie może dotrzeć do każdego miejsca w USA i zniszczyć je konwencjonalnymi lub nuklearnymi ładunkami i „jedyne supermocarstwo” nie jest w stanie temu się przeciwstawić.

Wśród rozumnej mniejszości zachodnich obserwatorów politycznych rozgorzała dyskusja, czy żydowscy psychopaci rządzący w Waszyngtonie są w stanie pojąć tą nową rzeczywistość? Na dzień dzisiejszy przeważają opinie, że nie[viii] co nie wróży dobrze ludzkości.

W odniesieniu do III RP jest w tym wszystkim pewien pozytyw. Amerykańskie instalacje obrony przeciwrakietowej w Polsce, które po zmianie oprogramowania, dają się użyć do ataku rakietowego na Rosję, może ona zneutralizować jednym pociskiem nowego pokolenia z ładunkiem konwencjonalnym. Użycie broni nuklearnej na własnym przedpolu nie jest wskazane, a całkowite zniszczenie wyludnionej z Polaków, nędznej zachodniej kolonii pt. III RP byłoby bezsensowną zbrodnią, na którą pragmatyczny Putin na pewno nie pójdzie, tym bardziej że obszar ten szybko zaludnia się Ukraińcami w większości rosyjskojęzycznymi.

Ignacy Nowopolski

[i] https://youtu.be/vAUZIur0i6Y

[ii] https://en.wikipedia.org/wiki/False_flag

[iii] https://sputniknews.com/middleeast/201803041062208032-soleimani-documents-reportedly-prooving-us-daesh-collusion/

[iv] https://www.strategic-culture.org/news/2018/02/26/endgame-russia-nato-sprawl-invades-eastern-europe-no-more-illusions.html

[v] https://en.wikipedia.org/wiki/Mutual_assured_destruction

[vi] https://russia-insider.com/en/putins-remarkable-historic-march-1-speech-moscow-full-transcript/ri22667

[vii] https://www.counterpunch.org/2018/03/02/colonizing-the-western-mind/

[viii] https://russia-insider.com/en/will-russias-stunning-response-us-aggression-have-any-effect-dc-madhouse/ri22687

Za: https://www.salon24.pl/u/ignacynowopolskiblog/849581,bezzebny-zachodni-szatan-ciagle-grozny

Data publikacji: 5.03.2018

III Wojna ŚwiatowaNWO żydowska Synagoga Szatanaplan judeosatanistówUSA-UE imperium zła
Read the full article – wolna-polska.pl

Uncategorized

O Stanisławie Szukalskim

z9Bk9kqTURBXy83NzViYmUyMjA3M2JjODU0MzQxYzRkYzA4ZWRjMTUyYi5qcGVnkpUDETfNA4bNAfyTBc0DFM0BvIGhMAE

Autor, rzeźbiarz, heretyk

Stanislav Szukalski urodził się w Warcie 13 grudnia 1893 roku. Kiedy miał sześć lat, nauczyciel wysłał go do gabinetu dyrektora, by wytłuc ołówek. Dyrektor przyjrzał się uważniej ołówkowi i odkrył, że młody Stanisław wyrzeźbił małą, niemal idealną figurę. Zamiast go ukarać, zadzwonił do lokalnej gazety, która napisała film o cudownym dziele sztuki.

Szukalski przybył do Stanów Zjednoczonych i mieszkał w Chicago, gdy był nastolatkiem. Został członkiem renesansowych luminarzy z Chicago wraz z Benem Hechtem, Carlem Sandburgiem i Clarence’em Darrowem. W tym czasie ukazały się dwie duże monografie: Praca Szukalskiego (Covici-McGee, 1923) i Projekty w projektowaniu (University of Chicago Press, 1929).

W latach trzydziestych, jako znany syn marnotrawny, który otrzymał od polskiego rządu własne muzeum, Szukalski wrócił ze wszystkimi dobrami do Polski, ale jego dzieło zostało przerwane przez oblężenie Warszawy w 1939 r. Udało mu się uciec do Ameryki mieszkać w Kalifornii z żoną Joan Donovan, ale cała jego praca życiowa została utracona, zbombardowana lub skradziona podczas wojny. Teraz żyjąc w całkowitej ciemności, spędził resztę życia obsesyjnie pisząc i tworząc sztukę, która miała udowodnić teorię, że cała ludzka kultura pochodzi z jednego pochodzenia na Wyspie Wielkanocnej po biblijnym Potopie Noego.

W 1971 roku jego dzieło i egzystencja zostały ponownie odkryte przez Glenna Braya, który został jego patronem, a później wydał dwie inne publikacje, Troughful of Pearls (Bray / Zwalve, 1980) i Inner Portraits (Bray / Zwalve, 1982). Szukalski zmarł w Burbank w Kalifornii 19 maja 1987 roku. Rok później prochy jego i jego żony zostały rozrzucone na kamieniołomach Rano Raraku, rzeźbiarzy na Wyspie Wielkanocnej przez jego bliskich przyjaciół, niektórych z nich artystów, Glenna Braya i Lenę Zwalve, Robert i Suzanne Williams oraz Rick Griffin i Camille Houston. Cała praca Szukalskiego jest obecnie chroniona przez Archives Szukalski.

Zaniedbany geniusz Stanisława Szukalskiego

Podobnie jak wielu innych bezbronnych dzieci amerykańskiego asfaltu, po raz pierwszy zobaczyłem pracę Stanisława Szukalskiego w numerze 1 magazynu Weirdo R. Crumba. Byłem zaintrygowany, ale nie do końca zachwycony, a kiedy znalazłem dobrze wyselekcjonowaną kopię próbalskiego Szukalskiego Tuskful of Pearls leżącego perused i porzuconego na tyłach stojaka na czasopisma Santa Monica, kupiłem go na kaprys bez żadnego zainteresowania nim lub jego praca. Dwa dni później lodowato płynąca substancja jego geniuszu wśliznęła się w mój konwencjonalny umysł i napełniła go, przekształcając w oszalałego cheerleaderkę Szukalskiego, który pokazał swoją pracę każdemu, kogo spotkałem, łącznie z nieznajomymi w miejscach publicznych.

Kiedy dowiedziałem się dzięki czystej szansie, że żyje i mieszka w Burbank w Kalifornii, niewiele mil od mojego domu, byłem agog. Sprawdziłem jego numer w książce telefonicznej i zadzwoniłem do niego. Kiedy odebrał telefon swoim głębokim, melodyjnym głosem, byłam tak sparaliżowana z podniecenia, że ​​ledwo mogłam mówić, ale był bardzo łaskawy i kiedy uświadomił sobie, że przez moje chrapliwe chrapanie pytałam, czy mogę go odwiedzić, przyznał się ciepło.

Wyobrażałem sobie, że mieszka w wygodnym domu z ogrodem rzeźb, opiekowanym przez żałosną żonę i niewielką grupę sługusów i uczniów, radzących sobie zręcznie z ciągłym strumieniem wykonawców świata sztuki. Zamiast tego znalazłem go w przygnębiająco pozbawionym charakteru budynku mieszkalnym, mieszkającym w dwóch dusznych pokojach wypełnionych posągami, rzeczami osobistymi i bałaganem rozmaitych prac w toku. Jego żona zmarła kilka lat wcześniej i nie miał sługusów, żadnych uczniów, nie podziwiał publiczności. Jego głównym filarem i jedynym głównym patronem był kolekcjoner i wydawca komiksów Glenn Bray, który w 1980 roku wydrukował Troughful of Pearls, próbując sprowadzić pracę Szukalskiego na świat. W miarę jak nasze spotkanie trwało, stało się dla mnie przerażająco oczywiste, że Szukalski żyje w ubóstwie i prawie całkowicie zapomniany.

A przecież był jednym z największych artystów tego lub innego wieku, stanowczą siłą twórczą, która przyniosła niesamowitą liczbę zadziwiających prac w trakcie kariery, która trwała siedemdziesiąt pięć lat. Historia jego życia jest tak interesująca, a jego lista osiągnięć jest tak obszerna, że ​​aby właściwie je opisać, zajęłyby się tomy. Urodził się w 1893 roku, osiągnął uznanie jako artysta wielkiej obietnicy, będąc nastolatkiem, przeżył dwie dekady choroby, głodu i zaniedbania, aw wieku czterdziestu lat miał muzeum poświęcone wyłącznie jego twórczości. Wyprodukował setki wyszukanych i głęboko ekspresyjnych rzeźb oraz dziesiątki tysięcy rysunków; odkrył, co uważał za prototypowy język starożytnej ludzkości; sformułował oryginalną naukę antropologiczną i uzasadnił ją czterdziestoma dwoma dużymi tomami rysunków i pism; zaprojektował pomniki i budynki – a wszystko to zrobił z mistrzostwem kunsztu i oryginalnością projektu, który nigdy nie zawodzi, kto go widzi.

Ben Hecht w autobiografii z 1954 r. „Dziecko stulecia” opisuje dwudziestoletniego Szukalskiego, którego poznał w 1914 r. Jako głodującego, umięśnionego, arystokratycznego i tlącego się z pogardą dla pomniejszych istot niż on sam. Kiedy wpływowy krytyk sztuki faworyzował swoją pracownię Pracalskiego Szukalskiego i doceniał statuetkę czubkiem laski, Szukalski chwycił kij, złamał go i brutalnie wyrzucił go i jego potencjalnego dobroczyńcę na ulicę. W rzeczywistości kategorycznie nienawidził wszystkich krytyków sztuki i niezmiennie odpłacał ich podziwom z głęboką pogardą; Rezultatem był przewidywalny brak kariery.

Szukalski nie miał nic przeciwko. Kontynuował trudy jak szaleniec, tworząc jedną niesamowitą pracę za drugą, przekonany, że jego artystyczna i intelektualna wyższość zatriumfuje nad narzuconym mu porządkiem kulturowym.

W 1934 roku został potwierdzony. Rząd jego rodzinnej Polski ogłosił go „Najwspanialszym Żywym Artystą” i przywiózł go i wszystkie jego dzieła do Katowic, gdzie budowano Muzeum Narodowe Szukalski jako pomnik jego chwały. Szukalski nie mógł być większym zaszczytem, ​​który uważał się za Polskę w miniaturze i którego serce nieustannie tęskniło za ojczyzną i ludźmi cały czas będąc w Ameryce.

Podczas II wojny światowej Luftwaffe zburzyło muzeum podczas pierwszego nalotu bombowego na Polskę. Szukalski wrócił do Stanów Zjednoczonych, aby spędzić resztę życia w różnym stopniu komfortu aż do śmierci. Jego panowanie jako „największego żywego artysty” trwało zaledwie kilka lat.

Pracował z zaciętym i jednomyślnym oddaniem, obojętny na sprawy osobistego komfortu i odżywiania. Kiedy 19 maja 1987 r. Uderzył go udar mózgu, w wieku dziewięćdziesięciu trzech lat Szukalski był nadal niezwykle ważny. W epoce, w której przytłaczająca większość Amerykanów jest martwa lub zrujnowana, Szukalski był prawdziwym duszkiem. Miał niezwykłą jasność umysłu, której wiek nic nie przesłaniał. Żył żywiołowo sam, codziennie chodził na znaczne odległości, aby ćwiczyć i zarządzał swoimi sprawami. Mógł przetrwać na diecie składającej się z płatków kukurydzianych i wody, a mimo to zachować taką siłę mięśni, że jego ramię było jak kawałek stalowej rynny.

Szukalski posiadał urzekającą postawę Starego Świata i mówił ze zorganizowaną elegancją, która pozwoliła mu przedstawić swoje skomplikowane pomysły z dużą zwięzłością. Poruszył się wzdłuż nieuprawnionych obór Burbanku niczym szlachcic wśród dzikusów, anachronicznie dworski i uprzejmy. Zasalutował i ukłonił się mężczyznom; pocałował ręce kobiet. Ogień płonął mu w oku przez cały czas, choć jego nastrój stale się zmieniał.

Uważał się za pozbawionego uprzedzeń lub wpływów. Jakakolwiek sugestia, że ​​jego praca zawierała na przykład elementy sztuki Majów, została mocno stłumiona. Prawdą jest, że spojrzał na (i skrupulatnie skopiował) fantastycznie ogromną ilość prekolumbijskiej sztuki i innych starożytnych obrazów etnicznych w trakcie opracowywania swojej pracy nad swoją nauką o „Zermatyzmie” (w której prześledził rozwój ludzkości wyłonienie się z dewastacji Wielkiej Powodzi), ale gwałtownie zaprzeczył, że jego dzieło zawierało jakiekolwiek otrzymane pomysły lub motywy. Poważnie myślał o utrzymaniu swojego roszczenia do nieskazitelnego artystycznego bękarta; zamierzał nazwać swoją autobiografię Self-Born.

Podczas mojego pierwszego spotkania z nim nieustannie tracił równowagę. Jaka jest Twoja narodowość? zapytał mnie chwilę po tym, jak usiedliśmy na krzesłach w wilgotnym akwarium w jego salonie.

„Przeważnie holenderski” – powiedziałem.

„Holendrzy są czołowymi zwolennikami i producentami pornografii dziecięcej na świecie”, odpowiedział.

Leniwie próbowałem wyjaśnić, że nie jestem takim zboczeńcem, ale nudzi się głębiej i głębiej w ramy mojej historii osobistej i rodowej, zdeterminowany, by uświadomić sobie, że należałem do skazanego na zagładę społeczeństwa ne’er-do- studnie. A jednak rozstaliśmy się przyjaźnie i pozostaliśmy przyjaźni aż do jego śmierci, ponieważ chociaż jego przekonanie, że jestem gorszą istotą, było szczere, nie powstrzymał tego przeciwko mnie. Ze swojej strony uważałem go za geniusza i niezwykłego człowieka, który zasłużył sobie na szacunek, nawet najbardziej dziwaczny.

W ciągu ostatnich dziesięcioleci swojego życia Szukalski pragnął uznania i ujawnienia, podziwu i poparcia, które znał tak krótko i tak późno, a które teraz całkowicie mu odmówiono. Widział artystów graffiti, którzy osiągnęli status wzniosłych mistrzów, podczas gdy on pozostawał odizolowany od sławy, jak gdyby przez żelazną ścianę.

Inni przyjaciele Glenna Braya i Szukalskiego zabrali Troughful z Pereł do muzeów w Los Angeles i okolicach Los Angeles, oczekując dla niego ekspozycji, na którą tak wyraźnie zasłużył. Urzędnicy muzealni nigdy nie byli zaskoczeni ilością i jakością prac. Kuratorzy, którzy z protekcjonalnością udzielali pięć minut swoim książkom, skończyliby spędzając godzinę lub więcej, przesypując materiał, z niedowierzaniem i próbując zrozumieć, że Szukalski był prawie zupełnie nieznany.

Ale nic nie wyszło z tych prób! Kuratorzy ostatecznie przekazali książki z uprzejmym podziękowaniem i powiedzieli, że nie dbają o to, by wnieść dzieła Szukalskiego do swoich galerii. Czemu? Ponieważ był zbyt polityczny, zbyt uparty, zbyt nagi, zbyt szalony.

To słowo „szalony” pojawiło się często podczas tych negocjacji i nie miało to być komplement. Gmach Szukalskiego był niedorzeczny. Wśród jego najsilniej utrzymanych (i obszernie udokumentowanych) teorii było przekonanie, że rasa wrogich Yeti krzyżuje się z ludźmi od niepamiętnych czasów i że hybrydowe potomstwo doprowadza do końca cywilizacji. Na dowód tego wskazał na Rosjan. Wierzył również, że ciepło powoduje grawitację i że wszystkie współczesne języki wywodzą się z języka polskiego. Zachował uczucia, które wydają się faszystowskie i rasistowskie, i które opierały się na jego najbardziej absurdalnych teoriach. Prawie na pewno mylił się co do wielu rzeczy; ale jak każdy, kto spędził z nim jakiś czas, może ci powiedzieć, nie był szalony.

Szukalski powiedział, że jego praca została odrzucona, ponieważ była tak mocno poinformowana przez ogromną pasję, jaką czuł wobec swoich poddanych. Powiedział, że przeciętni Amerykanie nie kochali ani nie nienawidzili niczego silnie, tak jak on, i że oni (to znaczy my) nie mogliby docenić wielkich tematów uchwyconych w wijących się ścięgnach jego rzeźb i obrazów. Myślę, że w pewnym stopniu miał rację; jest jednak oczywiste, że głównym powodem jego dalszego braku akceptacji był fakt, że Szukalski po prostu odmówił uczynienia siebie smacznym. Miał wiele niepopularnych opinii i nie widział powodu, by trzymać je dla siebie. Właściwie to właśnie w tych chwilach mała taktyczna powściągliwość mogła być bardzo korzystna dla jego kariery, ponieważ był najbardziej wolny. Pewnego razu umówiłem się na spotkanie z kuratorem dużego muzeum w Los Angeles. Biuro mężczyzny zostało powieszone dziełami Picassa, Matisse’a i Kandinsky’ego; Szukalski natychmiast rozpoczął szyderczą tyradę przeciwko tym mistrzom. Kurator po prostu opuścił pokój, a sekretarka nam pokazała.

Kilka lat temu zorganizowano mu publiczne wystąpienie i pokaz slajdów w wynajętej sali. Pojawiło się około siedemdziesięciu osób. Szukalski był zachwycony. Uwielbiał trzymać się z daleka i czuł się przywiązany do wszystkich swoich odbiorców. Wjechał na podium iw ciągu czterech minut zraził lub obraził wszystkich w tym miejscu. W swoich uwagach wstępnych pochwalił Reagana do nieba i rzucił się na Picassa (wymówił to „Pick-ass-oh”; oczerniał kolekcjonerów sztuki, Rosjan, FDR, Kalifornię, Amerykę i sport zawodowy, i zakończył się surowym potępieniem) „Homos”. Członkowie publiczności spoglądali na siebie z uśmiechem i mruczeli ostre odpowiedzi, ale kiedy wykład się skończył, dostał gromkie i długotrwałe owacje, zdając sobie sprawę, że Szukalski nie jest człowiekiem, który powinien być oceniany według konwencjonalnych kryteriów; jako wybitny członek ich gatunku.

W ostatnich latach głównym projektem Szukalskiego była gigantyczna i złożona struktura, którą chciał, aby Stany Zjednoczone przekazały Francji, by odwzajemnić Statuę Wolności. Nazwał to Kogutem Galii, a on opracował najdrobniejsze szczegóły, w tym genialny plan za to zapłacić. Pamiętam, kiedy po raz pierwszy pokazał mi modelową rzeźbę, którą zrobił dla centralnego przedmiotu. – Słuchaj – powiedział, wskazując na zmęczoną i udręczoną kobietę, która została spustoszona przez masę stylizowanych i wpisanych macek. „To jest kobieta, która symbolizuje Francję. Zostaje zmiażdżona i usidlona przez wszystkie „-izmy” współczesnej Europy. Jest faszyzm, a jest komunizm… i jest brzuchomówstwo. ”

Niezależnie od idiosynkratycznych szczegółów jego twórczości, wiadomość Szukalskiego jest wiarą w siebie. Jego życie spędził na służbie swojej wizji szlacheckiej. Był człowiekiem, który nie godziłby się na zasadnicze sprawy. Był gotów raczej umrzeć z głodu niż przyjąć kawałek chleba pod fałszywym pretekstem. Jego sztuka jest ożywiona przez namacalne siły skrupułów i opinii, które rzadko są widoczne w dziełach serca, a przekazy są tak potężnie przedstawione, że pomniejsze umysły niż jego muszą często odmawiać, by próbować sobie z nimi poradzić. Mógł przestrzegać wszelkich opinii sprzecznych z jego własnymi, gdyby tylko były silnie trzymane; rzeczą, której nienawidził przede wszystkim była słabość. I słusznie, jak to się dzieje, ponieważ okazało się, że słabość była tym, co go pokonało – słabością arbitrów kulturowych, którzy nie odważyliby się powstrzymać fali i być odpowiedzialni za jego poznanie.

Polska

Parę prostych pytań o przyszłość Polski

b

Strona główna &gt Polska &gt Parę prostych pytań o przyszłość Polski Parę prostych pytań o przyszłość Polski Work Buy Consume Die Polska 2

Kilka prostych pytań powinien zadać sobie każdy Polak, a mianowicie: dlaczego 28 lat po upadku socjalizmu, Polacy żyją biednie?

Dlaczego polskie społeczeństwo powoli lecz nieuchronnie wymiera? Statystyki są tu nieubłagane. Każdy młody Polak powinien zapytać siebie, czy jego jedyną szansą na życie jest wyjazd na zachód i praca tam?

Dlaczego już teraz poprzez media „rząd polski” daje do zrozumienia że za 20 lat emeryci będą otrzymywać głodową jałmużnę tak zwaną emeryturę w wysokości 300-700 złotych miesięcznie. Warto też zastanowić się czy za te pieniądze w ogóle można będzie przeżyć w kraju w którym prąd, woda i gaz są relatywnie najdroższe w Unii Europejskiej.

Dlaczego podatki w Polsce są tak niesłychanie duże a założenie własnej działalności gospodarczej graniczy z samobójstwem?

Dlaczego każdy pracujący mieszkaniec naszego kraju oddaje państwu w postaci podatków ponad 60% swoich zarobków? Dlaczego resztki polskiej młodzieży uciekają za granicę a do kraju sprowadza się Ukraińców?

Aby odpowiedzieć na te pytania należy spojrzeć wstecz na lata 80 te i początek lat 90 w Polsce, i zastanowić się, skąd się wzięli ci ludzie, którzy obecnie wraz ze swymi dziećmi a niekiedy całymi rodzinami rządzą Polską

Odpowiedź będzie prosta – byli oni wyniesieni do władzy przez zachodnie organizacje, rządy a niekiedy służby. Cała operacja wymiany elit politycznych na początku lat 90-tych była przeprowadzona nader skutecznie i trudno się dziwić że dziś tzw ” elity polityczne” Polski są raczej zarządzającymi niż rządzącymi.

Tylko jak najszybsze odsunięcie tych agentów zachodu od władzy, w najbliższych wyborach mogło by dać jakiekolwiek nadzieje na przyszłość dla Polski. Pod ich rządami Polacy skazani są na unicestwienie bądź w sposób naturalny (wymieranie) bądź w rezultacie wojny która obecnie rządzących tak podnieca.

Tomasz Omański

Za: http://polska-kaliningrad.neon24.pl/post/142694,pare-prostych-pytan-o-przyszlosc-polski

Data publikacji: 2.03.2018

NWO żydowska Synagoga SzatanaPolska neokolonią syjonizmuPolska pod żydowską okupacjąpolska syjono-żydomasoneria
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Żydowscy kaci NKWD i SB w powojennej Polsce

b22

Strona główna &gt Polska &gt Żydowscy kaci NKWD i SB w powojennej Polsce Żydowscy kaci NKWD i SB w powojennej Polsce Jan Polska 2

Negowanie znaczenia roli Żydów w służbie NKWD jest sprzeczne z podstawowymi faktami ustalonymi przez historyków. Prof. Andrzej Paczkowski sformułował tę tezę jako „nadreprezentacją Żydów w UB”.

Jednoznacznie pisze o „nadreprezentatywności Żydów w UB” inny czołowy historyk IPN-owski dr hab. Jan Żaryn w swym opracowaniu „Wokół pogromu kieleckiego” (Warszawa 2006, s. 86).

O bardzo niefortunnych dysproporcjach, wynikających z nadmiernej liczebności Żydów w UB, pisali również niejednokrotnie dużo rzetelniejsi od Grossa autorzy żydowscy, np. Michael Chęciński, były funkcjonariusz informacji wojskowej LWP, w wydanej w 1982 r. w Nowym Jorku książce „Poland. Communism, Nationalism, Anti-semitism” (s. 63-64).

Żydowski autor wydanej w Paryżu w 1984 r. książki „Les Juifs en Pologne et Solidarność” („Żydzi w Polsce i Solidarność”) Michel Wiewiórka pisał na s. 122: „Ministerstwo spraw wewnętrznych, zwłaszcza za wyjątkiem samego ministra, było kierowane w różnych departamentach przez Żydów, podczas gdy doradcy sowieccy zapewniali kontrolę jego działalności”.

Na szeregu stronach „Strachu” Gross stara się całkowicie zanegować wobec amerykańskich czytelników jakiekolwiek znaczenie roli Żydów w UB. Równocześnie jednak ten sam Gross całkowicie przemilcza istotne wpływy, wręcz dominację żydowskich komunistów w innych sferach władzy, takich jak sądownictwo, propaganda czy gospodarka. W ponad 50-stronicowej części książki poświęconej „żydokomunie” nawet jednym zdaniem nie wspomina o tym amerykańskim czytelnikom, cynicznie utrzymując ich w totalnej nieświadomości na ten temat.

Rola Żydów w bezpiece, jej wyjątkowość polegała nie tylko na nadmiernej liczebności, lecz także na splamieniu się przez bardzo wielu żydowskich funkcjonariuszy UB przykładami ogromnego okrucieństwa, brakiem jakichkolwiek skrupułów i brutalnym łamaniem prawa wobec polskich więźniów politycznych.

Rzecz znamienna – złowieszcza rola żydowskich funkcjonariuszy jest widoczna w każdej bardziej znaczącej zbrodni UB, od ludobójczych mordów w obozie w Świętochłowicach począwszy, poprzez sądowe mordy na generale Fieldorfie „Nilu” i rotmistrzu Pileckim, po proces gen. Tatara i współoskarżonych wyższych wojskowych.

Główni winowajcy zabójstwa tego polskiego bohatera to w przeważającej części żydowscy komuniści. Była wśród nich czerwona prokurator Helena Wolińska (Fajga Mindla-Danielak), która zadecydowała o bezprawnym aresztowaniu gen. Fieldorfa, a później równie bezprawnie przedłużała czas jego aresztowania. Wyrok śmierci na generała w sfabrykowanym procesie wydała sędzia komunistka żydowskiego pochodzenia Maria Gurowska z domu Sand, córka Moryca i Frajdy z domu Einseman.

Dodajmy do tego żydowskie pochodzenie trzech z czterech osób wchodzących w skład kolegium Sądu Najwyższego, które zatwierdziły wyrok śmierci na polskiego bohatera (sędziego dr. Emila Merza, sędziego Gustawa Auscalera i prokurator Pauliny Kern). Cała trójka później dożywała ostatnich lat swego życia w Izraelu.

Przypomnijmy również, że wcześniej w rozprawie pierwszej instancji oskarżał gen. „Nila” jeden z najbezwzględniejszych prokuratorów żydowskiego pochodzenia Benjamin Wajsblech. Dodajmy, że prawdopodobnie sam Józef Różański (Goldberg) wręczał przesłuchującemu gen. Fieldorfa porucznikowi Kazimierzowi Górskiemu tzw. pytajniki, tj. odpowiednio spisane zestawy pytań, które miał zadawać więźniowi (wg P. Lipiński, Temat życia: wina, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 18 listopada 1994 r.).

Warto przypomnieć w tym kontekście fragment rozmowy Sławomira Bilaka z Marią Fieldorf-Czarską, córką zamordowanego generała.

Powiedziała ona m.in.: „Pytam się dlaczego nikt nie mówi, że w sprawie mojego ojca występowali wyłącznie sami Żydzi? Nie wiem, dlaczego w Polsce wobec obywatela polskiego oskarżali i sądzili Żydzi” (cyt. za: Temida oczy ma zamknięte. Nikt nie odpowie za śmierć mojego ojca, „Nasza Polska”, 24 lutego 1999 r.).

Przypomnijmy teraz jakże haniebną sprawę wydania wyroku śmierci na jednego z największych polskich bohaterów rotmistrza Witolda Pileckiego i stracenia go w 1948 roku. Człowieka, który dobrowolnie dał się aresztować, aby trafić do Oświęcimia i zbadać prawdę o sytuacji w obozie, a później stał się tam twórcą pierwszej obozowej konspiracji. Oficera, którego wybitny angielski historyk Michael Foot nazwał „sumieniem walczącej przeciw hitlerowcom Europy” i jedną z kilku najwybitniejszych i najodważniejszych postaci europejskiego Ruchu Oporu. Otóż – jak pisał na temat sprawy rotmistrza Pileckiego i współoskarżonych z nim w procesie Tadeusz M. Płużański:

„Wyroki zapadły już wcześniej – wydał je dyrektor departamentu śledczego MBP Józef Goldberg Różański. Podczas jednego z przesłuchań powiedział Płużańskiemu: „Ciebie nic nie uratuje. Masz u mnie dwa wyroki śmierci. Przyjdą, wyprowadzą, pieprzną ci w łeb, i to będzie taka zwykła ludzka śmierć” (por. T.M. Płużański, Prokurator zadań specjalnych, „Najwyższy Czas”, 5 października 2002 r.).

Warto przy okazji stwierdzić, że jednym z członków kolegium Najwyższego Sądu Wojskowego, który 3 maja 1948 r. zatwierdził wyrok śmierci na Pileckim, wykonany 25 maja 1948 r., był sędzia Leo Hochberg, syn Saula Szoela (wg T.M. Płużański, Prawnicy II RP, komunistyczni zbrodniarze, „Najwyższy Czas”, 27 października 2001 r.).

Pominę tu szersze relacjonowanie jednej z najczęściej przypominanych zbrodni – ludobójczego wymordowania około 1650 niewinnych więźniów w ciągu niecałego roku przez Salomona Morela i podległych mu żydowskich oprawców z UB (zob. na ten temat szerzej książkę autora jakże rzetelnego żydowskiego samo-rozrachunku Johna Sacka „Oko za oko”, Gliwice 1995).

Przypomnę tu tylko jedną z ulubionych „zabaw” ludobójczego „kata ze Świętochłowic” S. Morela, polegającą na ustawianiu piramid z ludzi, którym kazał się kłaść czwórkami jedni na drugich. Gdy stos ciał był już dostatecznie duży, wskakiwał na nich, by jeszcze zwiększyć ciężar. Po takich „zabawach” ludzie z górnych części stosu wychodzili w najlepszym wypadku z połamanymi żebrami, natomiast dolna czwórka lądowała w kostnicy.

Dużo mniej znane są późniejsze zbrodnie, popełnione przez Morela na młodocianych polskich więźniach politycznych „reedukowanych” w obozie w Jaworznie. Morel zastąpił tam na stanowisku komendanta kapitana NKWD Iwana Mordasowa. W książce Marka J. Chodakiewicza, „Żydzi i Polacy 1918-1945” (Warszawa 2000, s. 410), czytamy:

„Między 1945 a 1949 rokiem w obozie w Jaworznie zmarło około 10 tysięcy więźniów”. Te aż tak przerażające dane liczbowe brzmią wprost niewiarygodnie i wymagają gruntownego sprawdzenia, choć Chodakiewicz przytacza je za źródłową pracą M. Wyrwicha, („Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995).

Różne relacje potwierdzają w każdym razie wyjątkowe okrucieństwo okazywane wobec młodocianych polskich więźniów przez komendanta Morela. Począwszy od witania przez niego kolejnych transportów młodocianych więźniów typowym dlań powitaniem:

„Popatrzcie na słońce, bo niektórzy widzą je po raz ostatni!”. Czy słowami: „Jesteście bandytami, pokażemy wam tutaj, co znaczy wojowanie przeciwko władzy ludowej”.

(Oba cytaty za tekstem napisanego przez Mieczysława Wiełę „Listu otwartego do premiera rządu RP” („Jaworzniacy” nr 2/29 z lutego 1999 r.).

Poza katuszami fizycznymi Morel lubił zadawać swoim ofiarom różne udręki psychiczne. Na przykład kazał pisać po tysiąc razy: „Nienawidzę Piłsudskiego” (wg M. Wyrwich, „Łagier Jaworzno”, Warszawa 1995, s. 90).

Ludobójczy zbrodniarz S. Morel otrzymywał polską rentę – mniej więcej 5 tys. zł.

Czołowy historyk IPN dr hab. Jan Żaryn pisał niedawno:

”Doświadczenia z lat 1944-1945 jedynie utrwalały stereotyp żydokomuny”. „NKWD przy pomocy pozostałych Żydów urządza krwawe orgie’ – meldował Władysław Liniarski „Mścisław”, komendant Okręgu AK w Białymstoku w styczniu 1945 r. do „polskiego Londynu” (…).

Polacy po wojnie, używając hasła „żydokomuna”, posługiwali się zatem stereotypem wytworzonym przez samych Żydów komunistów. Żydzi stawali się zatem współodpowiedzialnymi za cierpienia Polaków, w tym za utratę – po raz kolejny – niepodległości państwowej.

Do rodzin docierały szczegóły tortur, jakim byli poddawani w ubeckich kazamatach ich najbliżsi – często żołnierze podziemia niepodległościowego. „Gdy wyszedłem z karceru, zaraz wzięli mnie na górę i enkawudzista Faber [Samuel Faber – przypis J. Żaryna], (kto on był, nie wiem, czy to Polak, czy Rosjanin, na pewno Żyd) (…) kazał mnie związać. Zawiązali mi usta szmatą i między ręce i nogi wsadzili mi kij, na którym mnie zawiesili, po czym do nosa zaczęli mi wlewać chyba ropę. Po jakimś czasie przestali. Przytomności nie straciłem, więc wszystko do końca czułem. Dostałem od tego krwotoku (…)’ – wspominał Jakub Górski „Jurand”, żołnierz AK” (…).

Inny działacz podziemia niepodległościowego, Mieczysław Grygorcewicz, tak zapamiętał pierwsze dni pobytu w areszcie NKWD i UB w Warszawie:

„(…) Na pytania zadawane przez Józefa Światłę – szefa Wojewódzkiego Urzędu Bezpieczeństwa początkowo nie odpowiadałem, byłem obojętny na wszystkie groźby i krzyki, opanowała mnie apatia, przede mną stanęła wizja śmierci. Przecież jestem w rękach wroga, i to w rękach żydowskich, których w UB nie brakowało. Poczułem do nich ogromny wstręt, przecież miałem do czynienia z szumowiną społeczną, przeważnie wychowaną w rynsztoku nalewkowskim”.

„Józef Światło – Żyd z pochodzenia, mając pistolet w ręku, oświadczył mi, że jeżeli nie podam swego miejsca zamieszkania, strzeli mi w łeb (…)”.

Światło przyprowadził Halickiego, kierownika sekcji śledczej, który również był Żydem, i ten rozpoczął śledztwo wstępne (…). Oficerowie ubowscy zmieniali się często (…). Szczególnie jeden z nich brutalnie i ordynarnie do mnie się odzywał, groził karą śmierci bez sądu. Jak się później dowiedziałem od śledczego porucznika Łojki – był to sam Józef Różański (Józef Goldberg), zastępca Radkiewicza, ministra bezpieczeństwa.

W takiej sytuacji i wśród tej zgrai ubeckiej byłem przygotowany na najgorsze, nawet na rozstrzelanie (…)”. (cyt. za J. Żaryn, Hierarchia Kościoła katolickiego wobec relacji polsko-żydowskich w latach 1945-1947, we: „Wokół pogromu kieleckiego”, Warszawa 2006, s. 86-88)”.

Przypomnijmy, że wymieniony tu Józef Różański (Goldberg), dyrektor Departamentu Śledczego w MBP zyskał sobie zasłużoną sławę najokrutniejszego kata bezpieki. Od byłego oficera AK Kazimierza Moczarskiego, który był jedną z ofiar „piekielnego śledztwa” prowadzonego pod nadzorem Różańskiego, wiemy, jakie były metody katowania więźniów przesłuchiwanych w MBP. Spośród 49 rodzajów maltretowania i tortur, którym go poddawano, Moczarski wymienił m.in.:

1. bicie pałką gumową specjalnie uczulonych miejsc ciała (np. nasady nosa, podbródka i gruczołów śluzowych, wystających części łopatek itp.);

2. bicie batem, obciągniętym w tzw. lepką gumę, wierzchniej części nagich stóp – szczególnie bolesna operacja torturowa;

3. bicie pałką gumową w pięty (seria po 10 uderzeń na piętę – kilka razy dziennie);

4. wyrywanie włosów ze skroni i karku (tzw. podskubywanie gęsi), z brody, z piersi oraz z krocza i narządów płciowych;

5. miażdżenie palców między trzema ołówkami (…);

6. przypalanie rozżarzonym papierosem okolicy ust i oczu; (…)

8. zmuszanie do niespania przez okres 7-9 dni (…)” (cyt. za K. Moczarski, Piekielne śledztwo, „Odrodzenie”, 21 stycznia 1989 r.).

Dygnitarz MBP – Józef Światło nadzorował tajne więzienie w Miedzeszynie, gdzie do metod wydobywania zeznań należało m.in. skazywanie na klęczenie na podłodze z cegieł z podniesionymi do góry rękami przez 5 godzin, przepędzanie nago korytarzami z jednoczesnym chłostaniem stalowymi prętami, bicie pałką splecioną ze stalowych drutów (wg T. Grotowicz, Józef Światło, „Nasza Polska”, 22 lipca 1998 r.).

O tych wszystkich okrucieństwach i zbrodniach żydowskich katów z UB nie znajdziemy nawet jednego zdania informacji w książkach J. T. Grossa, tak chętnie i obszernie rozpisującego się o zbrodniach popełnionych przez Polaków na Żydach.

Warto przypomnieć, że Różański (Goldberg) był odpowiedzialny za działanie tajnej grupy ubeckich morderców, którzy na jego polecenie potajemnie mordowali w lesie wybranych żołnierzy AK i porywanych z ulicy ludzi. Tak zamordowano m.in. formalnie zwolnionego z aresztu ks. Antoniego Dąbrowskiego, byłego kapelana 27 Wołyńskiej Dywizji Piechoty Armii Krajowej (27 DP AK) – wielkiej jednostki piechoty Armii Krajowej utworzonej z sił Okręgu Wołyń w ramach akcji „Burza”. W marcu 1944 27 DP AK liczyła około 6000 żołnierzy.

Wśród skrytobójczo zamordowanych po wywiezieniu z więzienia do lasu był m.in. pułkownik AK Aleksander Bielecki, na którym bezpiece nie udało się wymusić oczekiwanych zeznań, oraz jego żona.

Warto przypomnieć, że żydowski komunista Leon Kasman, przez wiele lat redaktor naczelny organu KC PZPR „Trybuny Ludu”, był tym działaczem, który najgwałtowniej nawoływał do zaostrzenia represji wobec przeciwników politycznych podczas obrad Biura Politycznego KC PPR w październiku 1944 roku.

„Wsławił się” wówczas powiedzeniem: „Przerażenie ogarnia, że w tej Polsce, w której partia jest hegemonem, nie spadła nawet jedna głowa” (cyt. za P. Lipiński, Bolesław Niejasny, Magazyn „Gazety Wyborczej”, 3 maja 2000 r.).

I głowy polskich patriotów, głównie AK-owców, zaczęły spadać w przyspieszonym tempie na skutek rozpętanej wówczas pierwszej wielkiej fali terroru przeciw Narodowi.

I tak np. w grudniu 1944 r. doszło do rozstrzelania pięciu AK-owców w piwnicy domu przed Zamkiem Lubelskim. Ich sprawę prowadził prokurator wojskowy narodowości żydowskiej (wg. mgr Marek Kolasiński, sędzia Sądu Apelacyjnego w Lublinie, „Raport o sądowych morderstwach”, Warszawa 1994, s. 108).

Jaskrawe przykłady okrucieństwa żydowskich śledczych wobec przesłuchiwanych polskich oficerów znajdujemy w tzw. sprawie bydgoskiej.

Jerzy Poksiński opisał np., jak to „kpt. Mateusz Frydman chwytał przesłuchiwanych oficerów za gardło i tłukł ich głową o ściany, powiedział do majora Krzysika:

„Zastrzelę cię, a grób zaorzę, aby ci Anders nie mógł pomnika wystawić” (por. J. Poksiński, „TUN. Tatar – Utnik – Nowicki”, Warszawa 1992, s. 38).

W sprawie bydgoskiej zmarł zamęczony płk Józef de Meksz. W toku innej sfabrykowanej sprawy niewinnych oficerów, tzw. sprawy zamojsko-bydgoskiej, zmarł zamęczony w więzieniu płk Julian Załęski. Stracił on życie jako ofiara okrutnych tortur nakazanych przez jednego z najbezwzględniejszych żydowskich oprawców – szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, zwanego „krwawym Kuhlem” (por. A.K. Kunert – J. Poksiński, Płk Stefan Kuhl, „Życie Warszawy”, 24 lutego 1993 r.).

Dyrektor departamentu V MBP żydowską komunistkę Lunę Brystygierową, wyspecjalizowaną w prześladowaniu Kościoła katolickiego i inteligencji patriotycznej, nazywano „Krwawą Luną” z powodu wyjątkowej bezwzględności, z jaką przesłuchiwała więźniów. Żołnierz AK i były więzień polityczny Anna Rószkiewicz-Litwinowiczowa pisała w swych wspomnieniach, iż:

„Julia Brystygierowa słynęła z sadystycznych tortur zadawanych młodym więźniom. W czasie przesłuchań we Lwowie wsadzała więźniom genitalia do szuflady, gwałtownie ją zatrzaskując. Była zboczona na punkcie seksualnym, i tu miała pole do popisu” (por. A. Rószkiewicz – Litwinowiczowa, Trudne decyzje. Kontrwywiad Okręgu Warszawa AK 1943-1944. Więzienie 1949-1954, Warszawa 1991, s. 106).

Do najhaniebniejszych spraw należało aresztowanie w 1947 r. na podstawie sfabrykowanych oskarżeń majora Mieczysława Słabego, byłego lekarza westerplatczyków, najsłynniejszej bohaterskiej formacji polskiej wojny obronnej 1939 roku.

Major Słaby już po kilku miesiącach przesłuchań zmarł w wieku zaledwie 42 lat na skutek ran odniesionych podczas śledztwa. Jego sprawę prowadził wiceprokurator mjr S.D. Mojsezon (Mojżeszowicz), Żyd z pochodzenia.

On to napisał własnoręczne rzekome „zeznania” mjr. Słabego, przyznającego się w nich do tego, jakoby „działał na szkodę państwa polskiego”. Majora Słabego nakłoniono zaś odpowiednimi metodami do podpisania sformułowanych przez prokuratora Mojsezona zeznań. Skatowany major umarł przed skazaniem i wyrokiem.

Na wyjaśnienie ciągle czeka po dwukrotnych umorzeniach śledztwa (w 1993 i 1995 r.) sprawa kulisów śmierci w gmachu Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego jednego z bohaterów książki Aleksandra Kamińskiego z batalionu „Zośka” – Jana Rodowicza ps. „Anoda”.

Był jedną z postaci słynnych z niewiarygodnej wręcz odwagi, poświęcenia i zdolności do ryzyka. Za swe wojenne zasługi był odznaczony Krzyżem Walecznych (dwukrotnie) i Krzyżem Virtuti Militari.

Wszechstronnie uzdolniony, studiował na Wydziale Architektury Politechniki Warszawskiej, gdy padł ofiarą represji. Aresztowano go w wigilię Bożego Narodzenia 1948 r. i zabrano do ubeckiej katowni. Jego przesłuchiwaniami kierował naczelnik V Departamentu MBP major żydowskiego pochodzenia Wiktor Herer (później profesor ekonomii).

Zaledwie w dwa tygodnie po aresztowaniu legendarny „Anoda” zginął w gmachu MBP. Z informacji złożonych w prokuraturze przez innego członka batalionu „Zośka”, uwięzionego w tym samym czasie, co „Anoda”, Rodowicz został zastrzelony przez Bronisława K. z MBP.

Były naczelnik w MBP Wiktor Herer zaprzeczył wersji o zamordowaniu „Anody”. Podtrzymał starą oficjalną wersję, jakoby „Anoda” popełnił samobójstwo, skacząc na parapet otwartego okna i wyskakując z czwartego piętra.

Wersja ta wydaje się dość nieprawdopodobna, choćby ze względu na to, że był wówczas środek zimy – 7 stycznia 1949 r. Jak więc wytłumaczyć twierdzenie, że w takim czasie w budynku MBP na czwartym piętrze było otwarte okno?

Generalnie ciągle za mało znane są liczne zbrodnie popełnione w różnych województwach na polecenie i pod dowództwem miejscowych żydowskich ubeków. Typowym przykładem pod tym względem jest sprawa zbrodni na 16 Polakach – zdemobilizowanych żołnierzach AK i NSZ dokonanej w Siedlcach 12 i 13 kwietnia 1945 roku.

W toku postępowania prokuratorskiego w latach 90. bezspornie udowodniono, że mordu dokonali pracownicy Powiatowego Urzędu Bezpieczeństwa Publicznego w Siedlcach. W czasie zbrodni szefem ówczesnego UB w Siedlcach był por. Edward Słowik, oficer narodowości żydowskiej, mający za „doradcę” oficera NKWD – majora Timoszenkę.

W momencie zbrodni w całym ówczesnym siedleckim UB na około 50 pracowników, około 20 było narodowości żydowskiej. Według historyka Marka J. Chodakiewicza, większość uczestników porwań i zabójstw 16 byłych żołnierzy podziemia niepodległościowego w Siedlcach, a wśród nich Braun (Bronek) Blumsztajn i Hersz Blumsztajn, została przeniesiona służbowo do innych miejscowości (por. M.J. Chodakiewicz, op. cit., s. 466).

Spośród zbrodniczych oficerów śledczych żydowskiego pochodzenia warto osobno wymienić majora (Izaaka) Ignacego Maciechowskiego, zastępcę szefa Wydziału IV GZI w latach 1949-1951. Według raportu komisji Mazura prowadził on śledztwo wymierzone przeciw gen. Tatarowi, płk. Uziębło, płk. Sidorskiemu, płk. Barbasiewiczowi, płk. Jurkowskiemu i mjr. Wackowi przy użyciu bardzo brutalnych metod przesłuchań. Kilku z torturowanych przez Maciechowskiego oficerów po przyznaniu się do „win” zostało skazanych przez stalinowskie sądy na karę śmierci, płk Ścibor, płk Barbasiewicz i płk Sidorski (por. T. Grotowicz, Ignacy Maciechowski, „Nasza Polska” z 10 lutego 1999).

Osobny obszerny temat, który tu przedstawiam bardzo skrótowo, to sprawa rozlicznych odpowiedzialnych sędziów żydowskiego pochodzenia typu wspomnianej już prokurator Heleny Wolińskiej (Fajgi Mindla-Danielak) czy sędzi Marii Gurowskiej.

Wymieńmy tu m.in. takie osoby, jak zastępcę prokuratora generalnego PRL Henryka Podlaskiego, zastępcę szefa Najwyższego Sądu Wojskowego i szefa Zarządu Wojskowego Oskara Szyję Karlinera (doprowadził on do takiego opanowania stanowisk w tym zarządzie przez oficerów żydowskiego pochodzenia, że instytucję tę złośliwie nazywano „Naczelnym Rabinatem Wojska Polskiego”), szefa Głównego Zarządu Informacji Wojska Polskiego płk. Stefana Kuhla, prokuratora Benjamina Wajsblecha, sędziego Stefana Michnika, ppłk. Filipa Barskiego (Badnera), kpt. Franciszka Kapczuka (Nataniela Trau), prokuratora Henryka Holdera, sędziego Najwyższego Sądu Wojskowego Marcina Danziga, sędziego płk. Zygmunta Wizelberga, sędziego Aleksandra Wareckiego (Weishaupta), prokuratora płk. Kazimierza Graffa, sędziego Emila Merza, płk. Józefa Feldmana, płk. Maksymiliana Lityńskiego, płk. Mariana Frenkla, płk. Nauma Lewandowskiego, prokuratorów w Prokuraturze Generalnej: Benedykta Jodelisa, Paulinę Kern, płk. Feliksa Aspisa, płk. Eugeniusza Landsberga.

Dość przypomnieć, że tylko w 1968 r. wyjechało około 1000 osób z dawnego aparatu władzy, skompromitowanych udziałem w służbach specjalnych UB, etc. (według informacji podanej 12 marca 1993 r. w audycji telewizyjnej przez wybitnego badacza najnowszej historii płk. J. Poksińskiego).

A przypomnijmy, że część żydowskich ubeków i morderców sądowych, najbardziej skompromitowanych działaniami w aparacie terroru, opuściła Polskę już wcześniej, w pierwszych latach po 1956 r. Porównajmy te dane ze skrajnie próbującym pomniejszyć rolę Żydów w aparacie represji J.T. Grossem, wypisującym uwagi o „paru tuzinach Żydów” , „działających jako pachołki Stalina”.

Wspomnę tu tylko bardzo skrótowo o kilku mało świetlanych postaciach z kręgu sądownictwa. Do najbardziej bezwzględnych prokuratorów żydowskiego pochodzenia należał Kazimierz Graff, syn kupca Maurycego Graffa i nauczycielki Gustawy Simoberg, były przewodniczący Warszawskiego Akademickiego Komitetu Antygettowego w latach 1937-1938.

26 lutego 1946 r. jako wiceprokurator Wydziału do Spraw Doraźnych Sądu Okręgowego w Siedlcach podczas sesji wyjazdowej w Sokołowie Podlaskim doprowadził do skazania na karę śmierci 10 żołnierzy AK.

Już następnego dnia Graff wydał rozkaz rozstrzelania skazanych AK-owców, „aby nie zdążyli złożyć przysługującej im z mocy prawa prośby o ułaskawienie” (wg: T.M. Płużański, „Przypadek prokuratora Graffa”, „Najwyższy Czas”, 6 lipca 2002 r.).

Dzięki swej bezwzględności po serii mordów sądowych Graff szybko awansował do rangi zastępcy Naczelnego Prokuratora Wojskowego w randze pułkownika. Był głównym oskarżycielem w sprawie Konspiracyjnego Wojska Polskiego dowodzonego przez kpt. Stanisława Sojczyńskiego „Warszyca”, doprowadzając do wydania wyroków śmierci na „Warszyca” i szereg innych współoskarżonych.

Główna Komisja Badania Zbrodni przeciwko Narodowi Polskiemu ustaliła, że w sprawie tej „miało miejsce morderstwo sądowe” (por. tamże). Graff „zasłynął” m.in. jako współautor aktu oskarżenia w sfabrykowanym procesie gen. S. Tatara i innych wyższych wojskowych, mającym wykryć „spisek w wojsku” (por. tamże).

Opracowany przezeń akt oskarżenia uznany został jednak za zawierający wiele oskarżeń „zbyt naiwnych i musieli go przerabiać dwaj dużo bardziej doświadczeni od Graffa spece od stalinowskich śledztw – A. Fejgin i J. Różański.

Morderca sądowy Stefan Michnik, brat obecnego redaktora naczelnego „Gazety Wyborczej” Adama Michnika, błyskawicznie awansował w wieku zaledwie 27 lat do rangi kapitana, mimo że nie posiadał matury.

„Zasłużył się” tak swą gorliwością w sfabrykowanych procesach politycznych. Już jako podporucznik był sędzią wydającym wyroki w sfabrykowanych procesach mjr. Zefiryna Machalli, płk. Maksymiliana Chojeckiego, mjr. Jerzego Lewandowskiego, płk. Stanisława Weckiego, mjr. Zenona Tarasiewicza, ppłk. Romualda Sidorskiego, ppłk. Aleksandra Kowalskiego.

10 stycznia 1952 r. stracono w wieku 37 lat skazanego na śmierć przez Stefana. Michnika mjr. Z. Machallę (został zrehabilitowany pośmiertnie 4 maja 1956 r.).

8 grudnia 1954 r. zmarł w niecały miesiąc po udzieleniu mu przerwy w wykonaniu kary więzienia skazany przez Michnika na karę 13 lat więzienia płk Stanisław Wecki. Na szczęście nie wykonano wyroków śmierci na skazanych przez S. Michnika na śmierć płk. M. Chojeckim i mjr. J. Lewandowskim.

W 1951 r. został stracony z wyroku S. Michnika mjr Karol Sęk (w procesie podlaskiego NSZ – zbrodnia całkowicie nieznana.

Tak Stefan Michnik skazywał żołnierzy NSZ na śmierć.

Karol Sęk to jedna z piękniejszych kart patriotycznych. W wieku 16 lat zerwał godło niemieckie, później uczestniczył w wojnie polsko-bolszewickiej. W czasie II wojny światowej więzień Majdanka, żołnierz NOW i NSZ. Życie dla Polski zostało przerwane 7 czerwca 1952 r. decyzją Stefana Michnika, brata Adama Michnika. Karol Sęk zginął zamordowany w więzieniu.

W tym samym procesie podlaskiego NSZ Stefan Michnik wydał jeszcze dwa wyroki śmierci: jeden wykonano (na Stanisławie Okunińskim), inny (na Tadeuszu Moniuszce) złagodzono na dożywocie. W „Życiu” z 11 lutego 1999 r. podano, że według informacji redakcji S. Michnik wydał około 20 wyroków śmierci w procesach politycznych.

Prof. Witold Kulesza, ówczesny szef pionu śledczego IPN, szumnie zapowiadał, że Instytut Pamięci Narodowej będzie się domagał ekstradycji Stefana Michnika.

Ciekawe, jakie to względy (czyżby troska o to, żeby nie osłabiać „autorytetu” Adama Michnika?) zdecydowały o wycofaniu się z tej zapowiedzi? Warto przy tym zapytać, dlaczego kieresowskim władzom IPN zabrakło elementarnej uczciwości i odwagi do publicznego poinformowania o motywach wycofania się z zapowiedzianych żądań ekstradycji S. Michnika?

Wśród innych morderców sądowych warto wspomnieć m.in. o przypadku szefa Prokuratury Wojskowej w Warszawie płk. Eugeniusza Landsberga. Został on uratowany przez Polaków w czasie wojny dzięki schronieniu danym mu przy kościele katolickim. Odpłacił się za nie licznymi wyrokami śmierci na polskich patriotów w sfabrykowanych procesach politycznych.

Obsadzenie bardzo wielu wpływowych stanowisk w UB, prokuraturze i sądach osobami żydowskiego pochodzenia, niezwiązanymi z polskością, z polskimi tradycjami narodowymi i patriotyzmem, stawało się dla sterujących sprawami w Polsce stalinowskich dygnitarzy sowieckich najlepszą gwarancją zdecydowania w walce z polskimi patriotami z podziemia niepodległościowego. I pod tym względem się nie zawiedziono.

Spośród ubeków, sędziów i prokuratorów żydowskiego pochodzenia wywodziła się szczególnie duża liczba najbardziej nieubłaganych „pogromców” polskiego AK-owskiego podziemia gotowych do konstruowania przeciw niemu najbardziej absurdalnych oskarżeń.

Typowy pod tym względem był sędzia Dawid Rozenfeld, który uzasadniał wyrok skazujący tylko na dożywocie agentkę gestapo winną zadenuncjowania i śmierci wielu żołnierzy i oficerów AK, współwinną wydania gestapo gen. Stefana Roweckiego „Grota”. Jako okoliczność łagodzącą sędzia Rozenfeld uznał w przypadku tej agentki to, iż:

„Zdaniem Sądu Wojewódzkiego oskarżona jest ofiarą zbrodniczej działalności kierownictwa AK, które jak wiemy obecnie, współpracowało z Gestapo, było na usługach Gestapo i wraz z Gestapo walczyło przeciw większej części Narodu Polskiego w jego walce o narodowe i społeczne wyzwolenie” (cyt. za: J. Piłek, Stalinowcy są wśród nas, w: „Gazeta Polska”, 4 sierpnia 1994).

ADWO – KACI

Dodajmy do powyższych opisów jeszcze rolę niektórych adwokatów pochodzenia żydowskiego. Szczególny typ „obrońcy” w procesach politycznych reprezentował np. adwokat żydowskiego pochodzenia Mieczysław (Mojżesz) Maślanko. Tak „bronił” swych podopiecznych, że porównał grupę Moczarskiego do Gestapo i Abwehry, twierdząc, że „wszystkie te instytucje zostały powołane przez klasy posiadające, które chcą zatrzymać koło historii” (wg: T.M. Płużański, Adwo-kaci, w: „Najwyższy Czas”, 26 stycznia 2003 r.).

W podobny sposób Maślanko „bronił” – oskarżając szefa II Zarządu Głównego WiN płk. Franciszka Niepokólczyckiego, słynnego „Łupaszkę”, czyli mjr. Zygmunta Szendzielarza, dowódcę V Wileńskiej Brygady AK, narodowca Adama Doboszyńskeigo, rotmistrza Witolda Pileckiego i współoskarżonych, gen. Augusta Emila Fieldorfa „Nila” (Maślanko zgodził się z większością rzekomych dowodów „winy” gen. „Nila”).

Według ostatniego delegata Rządu w Londynie na Kraj Stefana Korbońskiego, w sprawie Pileckiego i współoskarżonych „Różański postawił sprawę jasno: obowiązkiem rady obrońców (której przewodniczył Maślanko – przypis T.M. Płużańskiego) jest gromadzenie dowodów przeciw oskarżonym” (por. tamże).

Niegodne zachowanie M. Maślanki, robiącego wszystko, by pogrążyć oskarżonych, których miał bronić, było tym bardziej oburzające, że on sam został uratowany od śmierci w Oświęcimiu przez słynnego narodowca Jana Mosdorfa.

Podobnym do Maślanki „obrońcą”, a raczej „adwo-katem” w sprawach politycznych był inny adwokat żydowskiego pochodzenia, pracujący we wspólnej kancelarii z Maślanką – Edward Rettinger.

„Bronił” on Moczarskiego i jego kolegów słowami: „(…) to było bajoro zbrodni, którego miazmaty dziś nam trują jeszcze duszę. To było bajoro zbrodni, gdzie zastygła krew lepi się jeszcze do rąk” (por. tamże).

Innym tego typu pseudoobrońcą był Marian Rozenblitt, który działał już w sądownictwie polskiej armii w ZSRS.

W Krakowie działali konfidenci Gestapo i SB, jak żydowscy adwokaci Maurycy Wiener i Karol Buczyński. Prokuratorem wojewódzkim w Krakowie był Rek, a jego zastępcami Gołda, Józef Skwierawski, Krystyna Pałkówna. Działali wspólnie i w porozumieniu z adwokatami Wienerem i Buczyńskim, za grube pieniądze umarzając śledztwa pospolitych bandytów.

Bogatych bandziorów „rekomendował” Bruno Miecugow, tatuś Grzegorza Miecugowa dziennikarza TVN. Bruno Miecugow jako sygnatariusz haniebnej listy 53 literatów w sprawie wyroków śmierci w procesie „Kurii krakowskiej” wysłał przy pomocy lekarki Żydówki M. Orwid (psychiatria) do krakowskiego Kobierzyna (szpital psychiatryczny) wielkiego polskiego architekta i patriotę Wiesława Zgrzebnickiego („Zgrzesia”) za publiczne potępienie w krakowskim Klubie Dziennikarzy „Pod Gruszką” podpisu Brunona Miecugowa w owej hańbie 53 krakowskich literatów. Hańbę „53” podpisali jeszcze m.in. Wisława Szymborska i Sławomir Mrożek, z decyzji kard. Stanisława Dziwisza pochowany w Panteonie Narodowym w krypcie pod kościołem św. Piotra i Pawła w Krakowie.

Wiesław Zgrzebnicki zadręczony przez krakowską ubecką kobierzyńską psychuszkę zmarł w wieku 40 lat.

Do pomocy Brunonowi Miecugowowi wyznaczono krakowską lekarkę Ewę Hołowiecką sekretarza POP PZPR w krakowskiej Akademii Medycznej.

Należy przypomnieć zbrodnie wojenne:

Zbrodnia w Nalibokach – masakra polskich mieszkańców wsi Naliboki dokonana przez oddziały sowieckich i żydowskich partyzantów 8 maja 1943 roku pod dowództwem Pawła Gulewicza z Brygady im. Stalina, w tym grupa składająca się z osób narodowości żydowskiej (trwa ustalanie czy była to część oddziału pod dowództwem Tewje Bielskiego czy Szolema Zorina). http://www.bibula.com/?p=2061

Tewje Bielski lub Tuwia Bielski i Anatol Bielski (ur. 8 maja 1906 w Stankiewiczach koło Nowogródka, zm. 1987 w Nowym Jorku) – polscy Żydzi, twórcy (wraz z trójką braci) i dowódcy żydowskiego oddziału partyzanckiego w lasach Puszczy Nalibockiej podczas II wojny światowej.

Spalono kościół, szkołę, pocztę, remizę i część domów mieszkalnych, resztę osady ograbiono. Zginęło także kilku napastników. W sowieckich źródłach szacowano liczbę zabitych Polaków na 250 osób, 6 sierpnia 1943 roku wieś została ponownie spacyfikowana, tym razem przez oddziały niemieckie, w ramach tzw. „Akcji Hermann”, a jej mieszkańców wywieziono w głąb Rzeszy na roboty przymusowe.

Zbrodnia w Koniuchach – zbiorowe morderstwo co najmniej 38 polskich mieszkańców (mężczyzn, kobiety i dzieci; najmłodsze miało 2 lata) wsi Koniuchy (dziś na terenie państwa litewskiego, dawniej w II Rzeczypospolitej w województwie nowogródzkim w powiecie lidzkim) dokonane 29 stycznia 1944 przez partyzantów sowieckich (Rosjan i Litwinów) i żydowskich.

W czasie pogromu we wsi spalono większość domów, oprócz zamordowanych co najmniej kilkunastu mieszkańców zostało rannych, a przynajmniej jedna osoba z nich zmarła następnie z ran. Przed atakiem wieś zamieszkana była przez około 300 polskich mieszkańców, istniało w niej około 60 zabudowań. Partyzanci sowieccy wcześniej często rekwirowali mieszkańcom wsi żywność, ubrania i bydło, dlatego też tutejsi mieszkańcy powołali niewielki ochotniczy oddział samoobrony.

W sprawie masakry w Koniuchach prowadzone jest śledztwo IPN. Dotychczas ustalono, że napadu dokonały sowieckie oddziały partyzanckie stacjonujące w Puszczy Rudnickiej: „Śmierć faszystom” i „Margirio”, wchodzące w skład Brygady Wileńskiej Litewskiego Sztabu Ruchu Partyzanckiego, oraz „Śmierć okupantowi”, wchodzący w skład Brygady Kowieńskiej.

Do oddziałów tych należeli Rosjanie i Litwini, większość oddziału „Śmierć okupantowi” tworzyli Żydzi i żołnierze Armii Czerwonej zbiegli z obozów jenieckich. Oddział żydowski liczył 50 ludzi, a oddziały rosyjsko-litewskie około 70 osób. Dowódcami byli Jakub Penner i Samuel Kaplinsky.

Według jednego z napastników, Chaima Lazara, celem operacji była zagłada całej ludności łącznie z dziećmi jako przykład służący zastraszeniu reszty wiosek. Według ustaleń Kongresu Polonii Kanadyjskiej, będących podstawą wszczęcia śledztwa, liczba zabitych była większa (ok. 130).

Atak na Koniuchy i wymordowanie tutejszej ludności cywilnej był największą z szeregu podobnych akcji prowadzonych w 1943 i 1944 przez oddziały partyzantki sowieckiej i żydowskiej w Puszczy Rudnickiej i Nalibockiej (np. masakra ludności w miasteczku Naliboki).

W maju 2004 w Koniuchach odsłonięto pomnik pamięci ofiar, zawierający 34 ustalone nazwiska ofiar.

W powojennych opracowaniach, na podstawie m.in. relacji żydowskich uczestników ataku na wieś (np. Izaaka Chaima i Chaima Lazara) często podawano informacje o zamordowaniu wszystkich 300 mieszkańców, a także o walkach z oddziałem niemieckich żołnierzy (w innych źródłach litewskiej policji).

Jednak późniejsze opracowania nie potwierdziły obecności Niemców czy policjantów w wiosce, a także zakwestionowały tezę, że zginęli wszyscy mieszkańcy wsi (część z mieszkańców uciekła z masakry i przeżyła wojnę). Informacja stwierdzająca, że wymordowani zostali wszyscy polscy mieszkańcy wsi Koniuchy pojawiała się także w ówczesnych meldunkach struktur Polskiego Państwa Podziemnego.

Dokumenty, źródła, cytaty:
prof. Jerzy Robert Nowak, („Nasz Dziennik”, 18 sierpnia 2006)
http://pantarhei.type.pl/1712/zydowscy-kaci-w-powojennej-polsce/
http://dakowski.pl//index.php?option=com_content&task=view&id=10450&Itemid=53
http://www.wicipolskie.org/index.php?option=com_content&task=view&id=9400&Itemid=56

Aleksander Szumański, 08.07.2014

Za: http://aleksanderszumanski.pl/index.php?option=com_content&task=view&id=1103

Data publikacji: 8.07.2014

ludobójstwo żydokomunistyczneNKWDpolskojęzyczna żydokomunażydowscy psychopaci i zbrodniarze
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Amerykanie zabili trzech Polaków, bo spieszyli się na lunch

Strona główna &gt Polska &gt Amerykanie zabili trzech Polaków, bo spieszyli się na lunch Amerykanie zabili trzech Polaków, bo spieszyli się na lunch a303 Polska 7

Przez amerykańskich żołnierzy doszło do wypadku samochodowego, w którym zginęło trzech Polaków – informuje portal orzysz.wm.pl.

– Według świadków wypadek został sprowokowany z udziałem sprzętu US Army. Zestaw ciężkich pojazdów zjeżdżał na autostradę i zmienił pas – powiedziała p. Łucja Laufer z Prokuratury Regionalnej w Drawsku Pomorskim.

Kierowca wojskowej ciężarówki nie zwrócił uwagi na fakt, że zajeżdża drogę samochodowi z ludźmi i wypchnął auto na przeciwległy pas ruchu. W efekcie bus zjechał na lewy pas jezdni i zderzył się czołowo z nadjeżdżającym z naprzeciwka tirem. Sprawcy kolizji odjechali z miejsca zdarzenia. Całą sytuację nagrała kamera zamontowana w jednym z aut.

– Jak wyjaśniono podczas śledztwa, pojazdy US Army jechały po terenie poligonu zbyt szybko, bo Amerykanie spieszyli się na lunch! – dodał p. Artur Karpienko, rzecznik prasowy komendanta głównego Żandarmerii.

W przypadku kolizji z innym samochodem na ogół wiemy co robić – wzywamy policję lub w porozumieniu z winowajcą sporządzamy odpowiednie oświadczenie. Sprawa komplikuje się jednak, gdy sprawcy wypadku to żołnierze armii USA, którzy w Polsce nie muszą przestrzegać polskiego prawa, zasad ruchu drogowego, czy obowiązujących przepisów prawa wykroczeń i kodeksu karnego.

Źródło: http://orzysz.wm.pl/profil/adamkomarczyk/23336,Pplk-Karpienko-Amerykanie-zabili-trzech-polakow-bo-spieszyli-sie-na-lunch-Szokujace-szczegoly-wypadku-na-poligonie.html

Za: http://www.wicipolskie.org/?p=30702


Read the full article – wolna-polska.pl

Świat

Antysemityzm i negowanie holokaustu wzrost o 30%

a-7

Strona główna &gt Świat &gt Antysemityzm i negowanie holokaustu wzrost o 30% Antysemityzm i negowanie holokaustu wzrost o 30% a303 Świat 8

Świat jest naszym dłużnikiem!

ISRAEL NATIONAL NEWS – Używanie antysemickich symboli i wpisów w mediach społecznościowych negujących holokaust wzrosły o 30%, poinformował raport Światowego Kongresu Żydów (WJC).

Zamówione przez WJC i przy współpracy Vigo Social Intelligence badanie zatytułowane „Antysemickie symbole i negowanie holokaustu we wpisach w mediach społecznościowych: styczeń 2018”, wykazało dramatyczny wzrost liczby incydentów w 2018 w porównaniu z tym samym okresem w 2016.

Badanie to / study jest kontynuacją wcześniejszego badania z 2016. Miało obejmować okres 1-24 stycznia, „mający istotne znaczenie prowadzące do Międzynarodowego Dnia Pamięci Holokaustu 27 stycznia, i zbiegający się z kampanią ‚Pamiętamy’ Światowego Kongresu Żydów 2018” – powiedziała organizacja.

Kluczowe wyniki raportu pokazują, że w tym przedziale czasowym odnotowano 30% więcej wpisów używających antysemickie symbole i 2 x większą liczbę rozmów negujących holokaust.

W okresie 1-24 stycznia, 550 wpisów w mediach społecznościowych każdego dnia, i 23 na godzinę, zawierały antynazistowskie i antysemickie symbole. Średnio 108 wpisów codziennie, albo 4.5 na godzinę, negowały holokaust, i 13.200 wpisów w tym okresie to były symbole czy znaki odnoszące się do holokaustu albo nazistowskiego reżimu Hitlera.

Pojawiło się 2.600 wpisów negujących holokaust, lub twierdzących iż Żydzi przesadzali o zasięgu i liczbie ofiar holokaustu.

Używanie neonazistowskich symboli zmniejszyło się w Niemczech, a zwiększyło w Polsce, Szwajcarii i Serbii, czyniąc te kraje w badaniu 10 najgorszymi złoczyńcami.

Wice przewodniczący WJC Robert Singer powiedział: „Łatwo uważać, że antysemityzm w internecie występuje na marginesie, ale prawdziwa skala problemu jest przerażająca”.

„Dziś nikt nie musi szukać takiej nienawiści – widać ją na najczęściej używanych portalach: Facebook, Twitter i YouTube. Obowiązkiem tych firm jest moralna odpowiedzialność korporacyjna i przestrzeganie własnych wytycznych ograniczających mowę nienawiści. Wzywamy rządy do ścisłego regulowania tej kwestii, aby ograniczyć rozprzestrzenianie się i uczynić świat cyfrowy bezpieczniejszą przestrzenią dla wszystkich.

” WJC odkrył, że kiedy zwracamy uwagę na mowę nienawiści głównym firmom w mediach społecznościowych, ich reakcja jest szybka i skuteczna. Nie możemy jednak zaakceptować argumentu, że to do użytkownika należy kontrolowanie takich treści.

„Obowiązkiem firm jest regularne monitorowanie mowy nienawiści, edukowanie użytkowników i upewnianie się, że rozumieją konsekwencje naruszeń, i otwarcie nazywają antysemityzm z nazwy, bez obawy krytyki czy nagany”.

Tłum. Ola Gordon

Źródło: https://theuglytruth.wordpress.com


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

W komunistycznej bezpiece Żydzi zajmowali niemal połowę stanowisk – Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk

a-6

Strona główna &gt Polska &gt W komunistycznej bezpiece Żydzi zajmowali niemal połowę stanowisk – Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk W komunistycznej bezpiece Żydzi zajmowali niemal połowę stanowisk – Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk a303 Polska 1

W kierownictwie Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego Żydzi zajmowali niemal połowę stanowisk.

Przez lata w historiografii polskiej obowiązywał powszechny pogląd, zgodnie z którym teza o nadreprezentacji Żydów w komunistycznym aparacie bezpieczeństwa jest mitem. Gdy jednak podjęto badania nad narodowością kadr “bezpieki” w oparciu o przechowywane w Instytucie Pamięci Narodowej akta osobowe funkcjonariuszy, i opublikowano dane statystyczne, okazało się, że blisko 40 proc. kierowniczych stanowisk Ministerstwa Bezpieczeństwa Publicznego zajmowali oficerowie pochodzenia żydowskiego.

Wynik naukowych ustaleń nie spotkał się jednak z uznaniem środowisk opiniotwórczych, dla których uzyskany efekt badań świadczył jedynie o… antysemityzmie ich uczestników.

Równolegle z analizą kadr aparatu bezpieczeństwa prowadzono studia nad obsadą personalną innych struktur tworzących stalinowski aparat represji: wojskowego i powszechnego wymiaru sprawiedliwości, Informacji Wojskowej, Korpusu Bezpieczeństwa Wewnętrznego, Milicji Obywatelskiej czy wchodzącego w skład MBP więziennictwa. W każdym przypadku liczba oficerów pochodzenia żydowskiego w sprawowaniu funkcji kierowniczych wynosiła od kilku do kilkudziesięciu procent, a badań dokonano w odniesieniu do czasu, gdy Żydzi stanowili niespełna 1 proc. ludności Polski.

Od początku budowy systemu komunistycznego tworzący go napotkali ogromne problemy związane z koniecznością sformowania obsady personalnej powstających stanowisk aparatu władzy. Bazą kadrową dla rządzących stały się środowiska partyzantów Gwardii i Armii Ludowej oraz przedwojennych działaczy komunistycznych, wśród których znaczny odsetek stanowili Żydzi. Część z nich okres wojny przeżyła w Związku Sowieckim i po 1944 r. z silnym zaangażowaniem usiłowała przeszczepić nad Wisłą tamtejszą ideologię. Ich liczbę zwiększyli ci spośród ocalałych z holokaustu, którzy w nowym ustroju politycznym widzieli szanse na realizację własnych – prywatnych i narodowych – interesów. Nagrodą za akces znacznej części społeczności żydowskiej do procesu budowy systemu komunistycznego były eksponowane etaty w aparacie władzy i systemie represji oraz związane z nimi profity. W powszechnej opinii symbolem udziału Żydów w tworzeniu stalinizmu w Polsce stała się służba wielu z nich w komunistycznym aparacie bezpieczeństwa.

Wbrew intencjom przypisywanym historykom zgłębiającym to zagadnienie, badania nad narodowością kadr “bezpieki” nie obejmują jedynie jednej nacji. Stanowią element szeroko zakrojonych studiów nad całością budowy i funkcjonowania tajnej policji politycznej komunistycznego państwa polskiego, w tym nad jej obsadą personalną, gdzie pochodzenie narodowościowe funkcjonariuszy jest tak samo ważne, jak ich pochodzenie społeczne czy wykształcenie. Dająca się już dziś zdefiniować teza o “internacjonalistycznych kadrach bezpieki” w Polsce powstała w oparciu o analizę głównie ich akt osobowych, z których wynika, że w latach 1944-1956 obok oficerów sowieckich pracowali przedstawiciele narodowości: polskiej, żydowskiej, białoruskiej, ukraińskiej, litewskiej, a nawet niemieckiej i greckiej.

Polityczna poprawność a statystyka

Wstępujący do UB Żydzi nie ukrywali swego pochodzenia. We własnoręcznie wypełnianych ankietach personalnych w rubryce “narodowość” wpisywali zazwyczaj “żydowska”. Dane takie ujawniali nawet ci, którzy już w okresie międzywojennym zerwali związki ze środowiskiem żydowskim i stali się gorącymi zwolennikami idei komunistycznej. Deklarację światopoglądową ujawniano natomiast w rubryce “wyznanie”, gdzie obok powszechnie używanego terminu “niewierzący” nie brakowało określenia “mojżeszowe”.

O pozycji funkcjonariuszy pochodzenia żydowskiego w ministerstwie, ale też o ich postrzeganiu w społeczeństwie decydowały dwa zasadnicze czynniki. Pierwszy dotyczył ich liczby w “bezpiece”; drugi zaś zajmowania przez nich eksponowanych stanowisk. Jesienią 1945 r. doskonale zorientowany w sprawach “bezpieki” w Polsce sowiecki doradca przy Ministerstwie Bezpieczeństwa Publicznego płk Nikołaj Seliwanowski w raporcie do Moskwy informował, że połowę stanowisk kierowniczych w MBP zajmują Żydzi, a w całym ministerstwie ich odsetek sięga 18,7 procent. Zapewne nawet on się nie spodziewał, że tak duża liczba oficerów pochodzenia żydowskiego w centrali aparatu bezpieczeństwa będzie się nadal zwiększać. W kolejnych latach udział Żydów polskich w kierowniczych strukturach MBP stale rósł, ostatecznie przekroczył 37 procent. Wśród 450 osób pełniących najwyższe funkcje w MBP (dyrektorów i zastępców dyrektorów departamentów, kierowników samodzielnych wydziałów) pochodzeniem żydowskim legitymowało się 167 oficerów.

Na czele ministerstwa stał gen. Stanisław Radkiewicz, wspomagany m.in. przez wiceministrów: Romana Romkowskiego (Menasze Grynszpana) i Mieczysława Mietkowskiego (Mojżesza Bobrowickiego). W okrytej ponurą sławą centrali “bezpieki” wyżsi oficerowie o żydowskich korzeniach kierowali: kadrami – Leon Andrzejewski (Ajzen Lajb Wolf), śledztwami – Józef Różański (Goldberg), finansami – Edward Kalecki (Ela Szymon Tenenbaum), ochroną zdrowia – Kamil Warman, Leon (Lew) Gangel, Ludwik (Salomon) Przysuski, cenzurą – Michał Rosner, Hanna Wierbłowska, Michał (Mojżesz) Taboryski, Biurem Prawnym – Zygmunt Braude, Witold Gotman, konsumami – Feliks (Fiszel) Goldsztajn, Centralnym Archiwum MBP – Jadwiga Piasecka, Zygmunt (Nechemiasz) Okręt, Biurem Wojskowym – Roman Garbowski (Rachamiel Garber) oraz Departamentami: I – Józef Czaplicki (Izydor Kurc), Julian Konar (Jakub Julian Kohn), II – Leon (Lejba) Rubinstein, Michał (Mojżesz) Taboryski, III – Józef Czaplicki (Izydor Kurc), Leon Andrzejewski (Ajzen Lajb Wolf), IV – Aleksander Wolski (Salomon Aleksander Dyszko), Józef Kratko, Bernard Konieczny (Bernstein), V – Julia Brystiger, VI (więziennictwem) – Jerzy Dagobert Łańcut, VII – Wacław Komar (Mendel Kossoj), Zygmunt (Nechemiasz) Okręt, Marek Fink (Mark Finkienberg), X – Józef Światło (Izaak Fleischfarb), Henryk Piasecki (Chaim Izrael Pesses).

Niższymi strukturami MBP – wydziałami, kierowali wówczas m.in.: Anatol (Natan) Akerman, Marian Baszt, Mieczysław (Mojżesz) Baumac, Jan Bernstein, Adam Bień (Bajn), Ignacy Bronecki, Izrael Cwejman, Tadeusz (Dawid) Diatłowicki, Michał Holzer, Maurycy (Aron) Drzewiecki, Michał (Mojżesz) Fajgman, Leon Fojer (Feuer), Tadeusz Fuks, Edward (Eliasz) Futerał, Artur Galewicz (Glasman), Henryk Gałecki (Natan Monderer-Lamensdorf), Łazarz Gejler, Jakub Glidman, Leon Goryń, Karol Grabski (Hertz), Helena (Gitla) Gruda, Borys (Boruch) Grynblat, Józef Gutenbaum, Herman Halpern, Henryk Jabłoński (Chaim Grinsztajn), Michał Jachimowicz, Zbigniew Józefowicz, Bronisława Juckier, Leon Kesten, Abram Klinberg, Leon Klitenik, Ignacy Krakus, Michał-Emil Krassowski, Mieczysław Krzemiński (Mojżesz Flamenblaum), Icek Lewenberg, Mieczysław Lidert (Erlich), Juliusz Litoczewski, Kazimierz Łaski (Cygier), Samuel Majzels, Ignacy Makowski, Aleksander Marek (Markus) Malec, Walenty Małachowski, Ignacy Marecki, Marian (Mojżesz) Minkendorf, Bronisław Nechamkis, Artur Nowak (Abraham Lerner), Jerzy Nowicki (Lipszyc), Dawid Oliwa, Róża (Gina) Poznańska, Stanisław Rothman, Mieczysław (Moralich) Rubiłłowicz, Irena Siedlecka (Regina Reiss), Michał (Mowsza) Siemion, Wolf Sindel, Zygmunt Skrzeszewski (Salomon Halpern), Marceli Stauber, Józef Stępiński, Ernest Szancer (Schanzer), Ignacy Szemberg, Antonina Taube-Knebel, Juliusz Teitel, Adam (Abram) Wein, Salomon Widerszpil, Józef Winkler (Szaja Kinderman), Stanisław Witkowski (Samuel Eimerl), Roman Wysocki (Altajn), Edward Zając, Marek Zajdensznir, Maria Zorska, Emanuel Żerański.

W tym samym czasie, w rozbudowanym systemie więzień i obozów liczącym 179 więzień i 39 obozów pracy, stanowiska naczelników i komendantów zajmowali: Salomon Morel – komendant obozów w Świętochłowicach-Zgodzie (1945) i Jaworznie (1948-1951), naczelnik więzień m.in. w Opolu (1945-1946), Katowicach (1946-1948) i Jaworznie (1951); oraz Mieczysław (Moszek) Flaum – komendant obozu we Włocławku (1945-1946) i Mielęcinie (1946); Beniamin Glatter – naczelnik więzienia w Goleniowie (1949); Franciszek (Efroim) Klitenik – naczelnik więzienia we Wrocławiu (1946-1947), Dzierżoniowie (1947-1951) i Łodzi (1951-1958), Henryk Markowicz – naczelnik więzienia przy ul. Kleczkowskiej we Wrocławiu (1945-1946), Sewer Rosen – naczelnik więzienia w Barczewie (1947-1951), Oskar Rozenberg – naczelnik więzienia w Potulicach (1951-1954), Kazimierz Szymanowicz – naczelnik więzienia w Rawiczu (1945-1947) i Saul Wajntraub – naczelnik więzienia w Kłodzku (1948-1951) i więzienia nr III w Warszawie (1951-1954).

Znaczący procent (13,7) oficerów pochodzenia żydowskiego znalazł się także wśród szefów i zastępców szefów Wojewódzkich Urzędów Bezpieczeństwa Publicznego/ Wojewódzkiego Urzędu do spraw Bezpieczeństwa Publicznego. Najwięcej z nich znalazło zatrudnienie w wojewódzkim UB we Wrocławiu, gdzie wśród osiemnastu zastępców szefów WUBP/ WUdsBP sześciu (33 proc.) było Żydami: Władysław Wątorek (Adolf Eichenbaum), Jan Stesłowicz (Lemil Katz), Adam Nowak (Adaś Najman), Adam Kornecki (Dawid Kornhendler), Eliasz Koton i Karol Grad, a w niektórych wydziałach i sekcjach urzędu przedstawiciele tej narodowości stanowili niekiedy 1/3 ich całego stanu osobowego. Zjawisko takie występowało np. w Wydziale ds. Funkcjonariuszy, Wydziale V, VIII i Gospodarczym.

W latach 1945-1956 poszczególnymi wydziałami kierowali: personalnym – Leonarda Opałko (Lorka Nadler) (1945-1946); I – Roman Wysocki (Altajn) (1950-1951); V – Józef (Jefim) Gildiner (1951-1952); X – Józef (Jefim) Gildiner (1952-1954); “A” – Edward Last (1946); śledczym – Antoni Marczewski (1946-1947), Feliks Różycki (Rosenbaum) (1950-1952); Wydziałem ds. Funkcjonariuszy – Bronisław Romkowicz (Maks Bernkopf) (1946-1947); Sekcją Finansową – Stanisław Ligoń (Lemberger) (1949-1954); Służbą Mundurową – Arnold Mendel (1949-1950). Stanowili oni także trzon istniejącej przy WUBP komórki partyjnej PPR/PZPR (Jefim Gildiner, Karol Grad, Zygmunt Kopel, Henryk Lubiński, Grzegorz Rajman, Felicja Rubin) – 26 proc. w 1954 roku.

Podobną, wynoszącą 30 proc. statystykę, można dostrzec w gronie kadry kierowniczej powiatowego UB w Dzierżoniowie. Na jej wielkość wpływ miało piastowanie urzędu szefa przez: Artura Górnego (1946-1947); Michała (Mojżesza) Wajsmana (1947-1948) i Adama Kulberga (1951-1954). Jeszcze wyższy odsetek wystąpił na stanowiskach ich zastępców, wśród których trzy z ośmiu etatów zajmowali oficerowie żydowscy: Edward Last (1945-1946), Adam Kulberg (1950-1951) i Izaak Winnykamień (1952).

Od sprawcy do ofiary

Łącznie w latach 1945-1956 we wszystkich komórkach tylko wojewódzkiego UB na Dolnym Śląsku pracowało ponad 500 osób pochodzenia żydowskiego. Pytanie o pełną liczbę zatrudnionych w aparacie bezpieczeństwa Polski Ludowej/ PRL pozostaje nadal otwarte, podobnie jak problem związany z próbą określenia świadomości narodowej oficerów “bezpieki”, wśród których część już przed wojną manifestacyjnie odcinała się od swych żydowskich korzeni. Oderwani od rodzimego środowiska deklarowali swą polskość i światopogląd materialistyczny, w których wiarę głęboko zachwiały dopiero wydarzenia 1968 r., gdy w wyniku antysemickiej nagonki 1968 r. kilkanaście tysięcy polskich Żydów zostało zmuszonych do opuszczenia kraju. Ich wyjazd upowszechnił na świecie pogląd o ksenofobicznej Polsce i rzekomym antysemityzmie jej mieszkańców. Milczeniem pomija się przy tym fakt, że całą operację przeciwko Żydom zorganizowali ich niedawni towarzysze z “bezpieczeństwa”, a pośród wyjeżdżających do Izraela znalazło się kilkuset niedawnych sekretarzy partii, stalinowskich sędziów i prokuratorów, oficerów Informacji Wojskowej, Urzędu Bezpieczeństwa i Służby Bezpieczeństwa.

Żaden z nich nigdy nie poniósł odpowiedzialności za dokonane czyny, a nieliczne próby doprowadzenia do ekstradycji osób oskarżonych o zbrodnie stalinowskie każdorazowo kończyły się niepowodzeniem. Wymownym komentarzem do tej sytuacji może być fragment uzasadnienia sporządzonego przez Ministerstwo Sprawiedliwości Izraela z 5 czerwca 2005 r., odmawiającego zgody na ekstradycję do Polski Salomona Morela: “…uważamy, iż nie ma żadnych podstaw do przedstawienia Morelowi zarzutów popełnienia poważnych przestępstw, nie mówiąc już o ‘ludobójstwie’ czy ‘zbrodniach przeciwko narodowi polskiemu’. Jeżeli już, to wydaje się nam, że Morel i jego rodzina byli ewidentnie ofiarami zbrodni ludobójstwa popełnionych przez hitlerowców i Polaków z nimi współpracujących”.

Dr hab. Krzysztof Szwagrzyk

Autor jest historykiem, naczelnikiem Oddziałowego Biura Edukacji Publicznej IPN we Wrocławiu.

Za: https://naszdziennik.pl/index.php?dat=20110128&typ=my&id=my03.txt


Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Nie Obwiniajmy Żydów ani Izraela!

abc81e9f9279f90c5a3dfdab92d055fe140

Strona główna &gt Polska &gt Nie Obwiniajmy Żydów ani Izraela! Nie Obwiniajmy Żydów ani Izraela! bezmetki Polska 4

MacGregor – Właśnie doświadczamy próby wrogiego przejęcia Polski przez Żydów

Równie dobrze możnaby obwiniać lisa, że wpuszczony do kurnika pozagryzał kury.

Podobnie nie jest winą krokodyla, że jak wyciągniemy do niego dłoń na powitanie, to ją nam odgryzie przy samej doopie. Rzecz bowiem w tym, że ludzie i krokodyle kierują się innymi zasadami i niewiele tu może pomóc organizowanie wspólnych komisji, okrągłych stołów czy sesji wyjazdowych całego rządu, bo jak się podejdzie do krokodyla choćby z sercem na dłoni, to będzie i po dłoni i po sercu.

Zauważyłem zarówno u siebie, jak i u innych blogerów, iż powodowani uzasadnionym skądinąd poczuciem jawnej niesprawiedliwości, czasami zbyt wiele uwagi poświęcamy niegodziwościom a to plemienia żmijowego, a to będącym igraszką w ich i w niemieckim ręku banderopitekami (nie mylić z normalnym Ukraińcami, przyjaznymi Łemkami czy innymi Bogu ducha winnymi Rusinami). Wszystko to może być prawdą, tysiącletnie współżycie ze strasznymi braćmi, o którym coś bredził ostatnio pan prezydent, zaczęło się od wizyty handlarza niewolników, po wiekach naiwność skutkowała państwem w państwie, wykolejeniem historii Polski związanym przede wszystkim z niedorozwojem własnego mieszczaństwa, potem była nielojalnośc, zabory, jawna zdrada, żydokomuna i tak do dnia dzisiejszego. Słowem, nie tylko wyszliśmy na tym interesie jak Zabłocki na mydle tudzież jak poczciwy chłop z bajki o żmii, to jeszcze za swoją głupotę mamy płacić, płacić oraz płacić, a także płacić, o płaceniu nie wspominając, a nasze dzieci i wnuki również. Dlatego też zawsze popierałem istnienie własnego państwa Izraelitow, byle jak najdalej od nas.

I tyle. I choćby przyszło tysiąc atletów i każdy zjadłby tysiąc koszernych kotletów, wszystko powinno grać i kolidować, jest nas co najmniej 60 milionów na tym Bożym świecie, jesteśmy narodem dzielnym, wykształconym, o wspaniałej historii, ziemia żyzna, woda zdrowa, pod ziemią bogactwa naturalne … no więc o co kaman?

Żydzi jacy są, każdy widzi, jeśli mają do wyboru wyrwać na rympał 65 mrd albo 300 mrd, to wiadomo, że wyrwą 300, a i tak nie będzie to ich ostatnie słowo, ale zupełnie czym innym są ich chęci, a czym innym nagradzanie tych chęci oklaskami, jak to zrobiła pani Gawin po przemówieniu litwaczki Azari.

Przykłady: skandalem było wywalenie już w tej chwili co najmniej 400 mln PLN na de facto eksterytorialną Świątynię Holokaustu scil. MHŻP-Polin w Warszawie (w tej chwili pracujące na trzy zmiany nad produkcją antypolskich pomyj na rocznicę marca 1968 czyli jak widać lepiej byłoby dla nas te pieniądze przepić), ale o ile pamiętam nikt nie przystawiał do głowy pistoletu ś.p. Lechowi Kaczyńskiemu, kiedy wmurowywał kamień węgielny pod ten szemrany ośrodek.

To bynajmniej nie Żydzi udzielili sobie sami zgody na powołanie loży B’naj Brit w Warszawie ani nie wysyłali w imieniu prezydenta RP gratulacji, to nie oni pełnili funkcję prokuratora generalnego, który wstrzymał ekshumację w Jedwabnem.

To bynajmniej nie Żydzi wyrwali sobie kolejne 100 mln PLN na renowację cmentarza w Warszawie, mimo, iż leży ona w obowiązkach bogatej jak nabab żydowskiej gminy w Warszawie – głosowała za tym większość posłów polskiego Sejmu, za był nawet rozsądny skadinąd poseł Andruszkiewicz. Tak więc do kogo pretensje?

A kto finansuje ŻIH, te wszystkie centra kulturowe, nieustanne festiwale, kto odznaczył kalumniatora Grossa, kto będzie teraz finansował kolejne muzea (Muzeum Getta w Warszawie teraz i Muzeum Chasydów w przyszłości), kto obchodzi chanuke w Sejmie, w Belwederze?

Kto najpierw oddelegował Ryszarda Schnepfa na stanowisko ambasadora RP, potem przez pół roku nie miał czasu go odwołac, a kto teraz podpisał jego nominację na członka rady muzeum przy Swiątni Holokaustu? No chyba nie sam siebie, więc przestańmy w końcu winić Żydów za własną kurwa mać głupotę, tchórzostwo i nieuctwo!

Kto nie ma czasu spotkac się z Kresowianami, z Waldemarem Tomaszewskim, a nie może odpuścić sobie kolacji z jakimś żydowskim trepem o nazwisku jak lichy alkohol, w dodatku z chamem i prostakiem? Czy to Dyzma winien, że ma w sobie zwierzęcy magnetyzm, na który lecą wszystkie pisiaki jak muchy do gówna? Przecież nie.

Kto odsunął na świętego Dygdy procedowanie ustawy dot. Polaków ratujących Żydów „by nie urazić wrażliwości” etc? No przecież ani stary kręciarz Netanjahu (który prędzej powinien się nazywać Netanszejtan), ani Michnik, ani pani z TVN, ani Tusk, ani Schetyna, tylko nasz pisowski marszałek Kuchciński. Więc do kogo pretensje?

Podobnie z banderopitekami – kto najpierw udawał, że kult bandery jest marginalny? Dziś, gdy tego zbrodniarza jako oficjalnego bohatera Ukrainy broni oficjalnie szef ichniego MSZ-u oraz wszyscy prezydenci, może wypadałoby się choć przyznać do błędu i przeprosić?

Łatwo jest zwalać winę na Żydów, na Jankesów, na Niemców, na Rosjan, na banderopiteków, bo wówczas stanowią oni alibi dla naszej własnej pierdołowatości i głupoty graniczącej ze zdradą, jeśli to nie jest jeszcze zdrada w całym tego słowa znaczeniu.

Bolkowe „nie chcem, ale muszem” programem PiS-u?

Nie, nie, nie, nie, nie i jeszcze raz nie, naprawdę nie macie do czynienia z głupszymi od siebie. Nie macie jaj, nie macie odwagi, śmiałości, żeby reprezentować interesów swojego państwa i narodu, to wypierdalać, jest cała masa kur, które możecie szczać prowadzać, a zajmowane dziś przez was miejsca zajmą tacy, którzy na widok zmarszczonego czoła Netanjahu czy innego krętacza nie będą popuszczać w gacie.

—————-
źródło:
NEON24.Pl
Autor: MacGregor
Nie obwiniajmy Żydów ani Izraela!
<MacGregor – Właśnie doświadczamy próby wrogiego przejęcia Polski przez Żydów >
02.03.2018

Polskażydzi
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Dziedzictwo polityczne „Żołnierzy Wyklętych”

Strona główna &gt Polska &gt Dziedzictwo polityczne „Żołnierzy Wyklętych” Dziedzictwo polityczne „Żołnierzy Wyklętych” Ogarek Polska 0

Narodowy Dzień Pamięci Żołnierzy Wyklętych jest okazją do celebrowania pamięci i oddania hołdu bojownikom antykomunistycznego i niepodległościowego podziemia zbrojnego po II wojnie światowej. Obchody rocznicowe warto jednak wzbogacić refleksją na temat tego, czego powinna nas dziś uczyć epopeja powojennej antykomunistycznej partyzantki. Wyciągnięcie właściwych wniosków z tego doświadczenia historycznego, pozwoliłoby nadać corocznym obchodom głębszy sens i utrudniło ich komercyjną trywializację lub zinstrumentalizowanie dla szkodliwych dla Polski celów.

Silne państwo

Przede wszystkim, powinniśmy mieć na uwadze o jaką Polskę walczyli bojownicy podziemia? Przynajmniej ta ich część, która wywodziła się z NSZ i NZW wysuwała postulat silnego państwa i silnej władzy państwowej. Miała to być władza nieliberalna i autorytarna a model państwowości i ustrój polityczny postulowane przez polskich nacjonalistów różniły się korzystnie zarówno od sobie współczesnego anglosaskiego modelu demoliberalnego, jak i od współczesnego nam demoliberalizmu dzisiejszej Polski. W państwie miał być porządek, władza miała być silna a sprawować miały ją elity.

Nieporozumieniem jest zatem gdy, szczególnie przedstawiciele tzw. „środowisk niepodległościowych”, odwołując się do powojennego podziemia, próbują żyrować przy pomocy tych odwołań swoją popularność jako „bojowników o wolność i demokrację” – zarówno w Polsce jak i za naszą wschodnią granicą. Uczestnicy antykomunistycznego podziemia nie zamierzali zaprowadzać w Polsce liberalizmu, wielopartyjności, praw „gejów”ani „wolnej prasy”.Ci, którzy próbują dziś zaprząc pamięć o podziemiu dla potrzeb skopiowania w naszym państwie zachodniego demoliberalnego modelu politycznego i społecznego, sprzeniewierzają się prawdziwemu dziedzictwu leśnych partyzantów.

Państwo katolickie

Po drugie, żołnierze podziemia walczyli o państwo katolickie. Wyrażali to hasłami „Wielkiej Polski Katolickiej” i „Katolickiego Państwa Narodu Polskiego”. Zobowiązuje to tych, którzy chcą kontynuować dzieło powojennej partyzantki, by również dziś wysunęli postulat podniesienia religii katolickiej do rangi religii państwowej. Opowiadający się za rozdziałem Kościoła od państwa i za takimi urządzeniami prawnymi i kulturowymi które sprzeczne są z wiarą i moralnością katolicką, również nie mają żadnych praw do powoływania się na dziedzictwo „wyklętych”.

Przy okazji warto jednak poczynić zastrzeżenie, że ten element programu i praktyki działania podziemia wymaga dopracowania. Ziemie Polski przedwojennej i Polski dzisiejszej zamieszkują również mniej lub bardziej znaczące autochtoniczne społeczności muzułmańskie, karaimskie, żydowskie, protestanckie, prawosławne i ormiańskie. Polska tożsamościowa powinna prowadzić wobec tych wspólnot religijnych politykę tolerancji i opieki; ich wyznania powinny mieć rangę państwowych religii mniejszościowych, ich przywódcy powinni zasiadać w Senacie, ich członkowie mieć dostęp do urzędów, wspólnoty te powinny mieć swoje samorządy i szkolnictwo.

Państwo katolickie to nie państwo w którym prawo do życia mają jedynie katolicy, lecz państwo przeniknięte porządkującym je katolickim duchem miłości, obejmującym również autochtoniczne wspólnoty innowiercze. Dewastowanie dziś tatarskich meczetów i mizarów lub żydowskich kirkutów nie ma nic wspólnego z walką o katolicki porządek w duszach i w państwie. Jest tego porządku zaprzeczeniem, podobnie jak palenie lub siłowe przejmowanie cerkwi prawosławnych za sanacji lub dewastacja cerkwi unickich w trakcie i po zakończeniu Akcji „Wisła”. Ktoś, kto pochwala takie postępowanie, zanim zajmie się walką o katolicki porządek w państwie, powinien pierwej zbudować go we własnej duszy.

Państwo narodowe

Przez wyżej wskazane odwołania chrześcijańskie, w podobny sposób należy odnieść się do postulatu budowy państwa narodowego. W doktrynie nacjonalistycznej słuszne jest wszystko to, co prowadzi do zachowania specyfiki, odrębności i tożsamości naturalnych wspólnot etnicznych, historycznych i kulturowych. Na poparcie zasługują te postulaty nacjonalizmu, których realizacja zbliżyłaby daną społeczność do modelu społeczeństwa tradycyjnego.

Doktrynę nacjonalistyczną należy jednak uzupełnić o podobną afirmację odrębności i tożsamości innych niż nasz własny ludów, współtworzących z nami rozleglejszą wspólnotę państwową i historyczną wspólnotę losu. Tylko w ten sposób zbudować możemy prawowity, sprawiedliwy i stabilny porządek organiczny, który nie będzie oparty na dominacji i ucisku, lecz na autorytecie, wierności i braterstwie.

Źle zatem odczytują dziedzictwo powojennego podziemia wszyscy ci, którzy pamięć o jego walce wykorzystują do prowokowania i zastraszania dzielących z nami od wieków los i ojczyznę naszych współobywateli innych niż polska narodowości. Niczego nie nauczyło przywrócenie pamięci o walce powojennych partyzantów wszystkich tych, którzy obok bojowników niewątpliwie mogących być dla nas wzorami cnót rycerskich i patriotycznych, wymieniają jednym tchem ludzi o rękach zbrukanych krwią niewinnych; uwikłanych w pogromy, masakry, krwawe pacyfikacje, morderstwa a nawet zbrodnie tak odrażające jak gwałt i znęcanie się.

By mit „żołnierzy wyklętych” miał dla nas znaczenie uszlachetniające, wychowawcze i dydaktyczne, należy wyeksponować w nim to wszystko, co faktycznie było w nim wzniosłe i szlachetne, odrzucić zaś to wszystko, co było haniebne i zbrodnicze. Twórcza weryfikacja mitu nie będzie jego „odbrązowieniem”, tylko wzmocnieniem przez oczyszczenie go z błota, by mógł świecić jaśniejszym światłem. Nie możemy dopuścić, by egzaltacja zepchnęła polską politykę historyczną w podobny ślepy zaułek, jak stało się to w Ukrainie, gdzie brakuje wystarczającego potencjału moralnego i intelektualnego, by zbrodnie nazwać zbrodniami i stwierdzić wyraźnie, że zbrodniczy element dziedzictwa nacjonalistycznej partyzantki się odrzuca, potępia i nie zamierza do niego nawiązywać.

Insurekcyjna strategia…

Mit powojennej partyzantki antykomunistycznej ma też swoje znaczenie strategiczne i taktyczne. Przy czym przez strategię rozumiem tu sposób zabiegania o cele narodowe, przez taktykę zaś, metodę prowadzenia kampanii i bitew. W tym pierwszym wymiarze, szczególnie z dzisiejszej perspektywy, oczywiste jest że partyzantka antykomunistyczna po wojnie nie miała szans powodzenia, tak więc również sensu. Jej epopeja wpisuje się w smutny i tragiczny ciąg kolejnych szkodliwych dla Polski insurekcji wyznaczonych datami 1794, 1831, 1846, 1848, 1863 i 1905. Szczególnie wyraźne są podobieństwa z Powstaniem Styczniowym i rewolucją 1905 r.

Nasz stosunek do tradycji insurekcyjnej powinien przybrać postać konstruktywnej krytyki. W literaturze polskiej najlepiej znany jest głos Elizy Orzeszkowej (1841-1910) wyrażony przez nią w będącej lekturą szkolną powieści Nad Niemnem (1888). Jak pamiętamy, w utworze tym obecny jest motyw symbolizującej Powstanie Styczniowe i otaczanej czcią przez pozytywnych bohaterów powieści leśnej mogiły, gdzie pogrzebano kilkudziesięciu poległych powstańców. Kult poległych bohaterów, ich walki i poświęcenia nie prowadzi jednak rodzin Korczyńskich ani Bohatyrowiczów do prób wznowienia działalności powstańczej. Czują się oni natomiast zobowiązani do urzeczywistnienia społecznego i politycznego programu powstańców: odrodzenia polskości poprzez zbratanie szlachty z ludem i ponowne zakorzenienie się w rodzinnej ziemi.

Również dzisiejsza polska polityka historyczna, odnosząc się do historii antykomunistycznego podziemia i budując na niej mit „żołnierzy wyklętych”, powinna unikać pułapek zarówno demoralizującego „odbrązawiania”, jak i bezmyślnej insurekcyjnej egzaltacji. W pisarstwie młodych historyków z IPN i w działalności młodzieżowych organizacji narodowych uwidacznia się szczególnie podatność na to drugie niebezpieczeństwo. Wydaje się wręcz, że tak jak w latach 1990. ruch narodowy musiał się zmagać z problemem „talmudycznego” podejścia do pism i doktryny międzywojennej endecji, tak w latach 2000. zmagać się musi z równie „talmudycznym” stosunkiem do działalności powojennego podziemia.

Nie poprawia bynajmniej sytuacji zalew jednostronnie apologetycznych i bezkrytycznych, a przez to prowadzących do fałszywych wniosków, publikacji historycznych, stąd też, żeby zrozumieć i wyciągnąć właściwe nauki z doświadczenia jakim była dla Polski powojenna partyzantka antykomunistyczna, nie wystarczy jedynie czytać ale trzeba też myśleć. Myślący zaś czytelnicy negatywnie muszą się odnieść do publicystycznego sloganu, jakoby odmawiający wyjścia z lasu partyzanci byli wówczas „jedynymi, którzy zachowali się jak trzeba”. To szkodliwa bzdura, obrażająca pamięć tych wszystkich, którzy nie będąc bynajmniej komunistami ani pachołkami komunistów, z różnym powodzeniem próbowali włączyć się w powojenną odbudowę Polski, tak by była ona jak najmniej marksistowska i sowiecka, a jak najbardziej polska.

…i insurekcyjna taktyka

O ile obrana wówczas (często niedobrowolnie a pod przymusem okoliczności, warto jednak zaznaczyć) przez partyzantów antykomunistycznych strategia zbrojnego zabiegania o cele narodowe zasługuje dziś na ocenę ujemną, o tyle uważniej powinniśmy przyjrzeć się zastosowanej przez nich taktyce walki. Polska posiada długą tradycję walki kryjących się po lasach niewielkich i słabo uzbrojonych grupek partyzanckich, skutecznie wiążących przewyższające je pod każdym względem siły przeciwnika. Tradycja ta sięga prowadzonego w podobny sposób i w podobnych warunkach co powojenna partyzantka antykomunistyczna Powstania Styczniowego.

Do tych doświadczeń historycznych można się twórczo odwołać, tworząc ideologiczną i strategiczną podbudowę dla planowanych dziś wojsk obrony terytorialnej, którym zapewne przyszłoby walczyć w podobnych warunkach co powstańcom styczniowym i „żołnierzom wyklętym”. Przez odwołania takie wzmocniono by tożsamość żołnierzy wojsk obrony terytorialnej, wkomponowując ją w polską tradycję niepodległościową i militarną oraz nasycając jej duchem. Wzmocnienie tożsamości takich jednostek podniosłoby z pewnością morale żołnierzy i dostarczyło wzoru długotrwałego opierania się okupacji w warunkach załamania państwa i zajęcia kraju przez najeźdźców.

Program społeczny

Na marginesie rozważań o taktyce podziemia antykomunistycznego wspomnieć należy o towarzyszącej wszystkim polskim insurekcjom „kwestii społecznej”. Zajmuje ona miejsce na granicy rozważań nad programem politycznym i strategią, o ile jednak dla tego pierwszego jest jednym z niekoniecznych bynajmniej elementów, o tyle dla tej drugiej stanowi istotne obciążenie. We wszystkich polskich powstaniach pojawiał się bowiem problem pozyskania dla nich ludu i w żadnym się to nie udało. Polskie powstania były powstaniami elit i inteligencji i dotyczy to również powojennej partyzantki antykomunistycznej.

O takiej jej słabości zadecydowały oczywiście bardziej generalne uwarunkowania; przede wszystkim świadomość braku sensu walki zbrojnej po zakończeniu wojny. Odzwierciedla to różnica w liczebności AK dochodzącej do 300 tys. członków i podziemia antykomunistycznego w okresie największego jego wzrostu sięgającej nieledwie 17 tys. Znaczenie miało jednak również odrzucenie przez podziemie zbrojne programu reformy gospodarczej i własnościowej popieranej wówczas przez wszystkie znaczące siły polityczne i społeczne. Zmniejszyło to dodatkowo i bez tego nikłe postrzeganie podziemia jako poważnej alternatywy politycznej.

Analizując dziś fenomen „wyklętych”, musimy być świadomi tej jakże polskiej ich słabości. Każdy, kto nawiązuje dziś do idei budowy Wielkiej Polski, musi opowiedzieć się przeciwko kapitalizmowi i patologicznej strukturze gospodarczej i społecznej którą on stworzył. Gospodarka organiczna i personalistyczna to gospodarka wpisana i porządkowana przez autorytarne i wspólnotowe całości społeczne. Opiera się na dekoncentracji, upowszechnieniu własności, partycypacji i organizacji korporacyjnej. Jest na miarę człowieka i zaspokaja potrzeby człowieka.

Nikt, kto zrozumiał i wyciągnął wnioski z tragedii podziemia antykomunistycznego, nie może popierać kapitalizmu ani liberalizmu. Łączenie programu narodowego z „wolnorynkowym”oraz z poparciem dla kapitalizmu i kapitalistów dowodzi jedynie, że nie wyciągnęło się wniosków z historii. Ten, kto nawiązuje dziś do dziedzictwa „żołnierzy wyklętych”, musi przyjąć narodowo-radykalny i antykapitalistyczny program gospodarczy i społeczny. Ideę narodową, niepodległościową, antykomunistyczną, patriotyczną i tożsamościową związać należy z ideą sprawiedliwości społecznej. W doktryny ruchów czerpiących z doświadczeń powojennego podziemia antykomunistycznego wpisane musi być rozwiązanie kwestii społecznej – uwolnienie dzisiejszego człowieka od kapitalizmu i uwolnienie jego potencjału jako osoby przez wpisanie go w gospodarkę organiczną i personalistyczną.

W przeciwnym wypadku, przy związaniu środowisk nacjonalistycznych i antykomunistycznych z kapitalizmem, kapitałem, kapitalistami, z obecnym układem własnościowym, gospodarczym i społecznym, nieuchronne stanie się ich oderwanie od problemów zwykłego człowieka i wejście po raz kolejny w prowadzące nad polityczną przepaść koleiny elitarnych i inteligenckich ruchów konspiracyjnych, patriotycznych i insurekcyjnych. Dzisiejszy program nacjonalistyczny i niepodległościowy musi być programem populistycznym. Musimy uczyć się na błędach między innymi powojennego podziemia antykomunistycznego.

Idea „wyklętych”a geopolityka

Na koniec wreszcie należy odnieść dziedzictwo ideowo-polityczne „żołnierzy niezłomnych” do współczesnej sytuacji geopolitycznej. Jest to tym bardziej potrzebne, że różni szarlatani starają się je zaprząc na rzecz tych sił, które stanowią dziś dla Polski największe zagrożenie. By nie być gołosłownym, popularny w środowiskach narodowych historyk Jan Żaryn w jednej ze swych wypowiedzi starał się bronić dobrego imienia Brygady Świętokrzyskiej NSZ nazywając ją „pierwszą polską jednostką w NATO”, czym w rzeczywistości ciężko obraził i znieważył dobre imię żołnierzy tej formacji. Również do niedawna popularny działacz Marian Kowalski, wraz prawicowym pastorem Pawłem Chojeckim, wyświadczył członkom podziemia równie niedźwiedzią przysługę, stwierdzając że spełnieniem ich testamentu politycznego jest rozmieszczenie w Polsce amerykańskich jednostek wojskowych.

W rzeczywistości, żołnierze powojennego niepodległościowego podziemia zbrojnego nie walczyli oczywiście o przekształcenie Polski w wojskowo-polityczny protektorat USA ani o przekształcenie polskiej armii w podwykonawców globalnej strategii obcego mocarstwa. Taki program wasalizacji Polski był programem wyniesionych do władzy sowieckim zwycięstwem wojennym komunistów z P(Z)PR – tyle że hegemonem miał być w tym przypadku ZSRS a nie USA. Antykomunistyczne podziemie nie godziło się na wasalizację Polski, narzucenie jej obcego ustroju, rozmieszczenie na jej terenie obcych wojsk, agenturyzację przez obce państwo jej elity politycznej, propagandowe urabianie społeczeństwa polskiego w duchu uwielbienia dla zagranicznego hegemona i jego państwowej ideologii. Żołnierze podziemia odrzucali ten program i zwalczali jego zwolenników.

Czy jednak katalog wymienionych wyżej elementów składających się na wasalizację czegoś nam nie przypomina? Oczywiście, to właśnie polityka demoliberalnej oligarchii rządzącej Polską dziś, z tą różnicą że w roli „wielkiego brata” nie występuje już ZSRS, tylko USA. Tak jak jednak w państwie komunistycznym, mamy do czynienia ze zdegradowaniem Polski do roli (amerykańskiego tym razem) protektoratu, narzuceniem jej obcego ustroju (demoliberalnego i kapitalistycznego), rozmieszczeniem na terenie naszego kraju obcych (amerykańskich) wojsk, agenturyzację polskiej elity politycznej przez obce państwo (USA), propagandowe urabianie społeczeństwa polskiego w duchu uwielbienia dla zagranicznego hegemona (USA) i jego państwowej ideologii (demoliberalizmu i atlantyzmu).

Wnioski nasuwają się same; prawdziwym i rozumnym podjęciem dziedzictwa politycznego „żołnierzy wyklętych”nie jest dziś bieganie w skarpetkach z symbolami NSZ w pogoni za dawno przepędzonym i od lat już nie krążącym po Europie widmem komunizmu, tylko podjęcie walki z nowym demoliberalnym bolszewizmem Waszyngtonu. Powojenne polskie podziemie nie uganiało się w połowie lat 1940. za zjawami pokonanych już i przepędzonych faszystów. Partyzanci nacjonalistycznego podziemia niepodległościowego już w trakcie trwania wojny zidentyfikowali nowe i dużo poważniejsze niż faszyzm zagrożenie w postaci komunizmu i sowietyzmu, miejscami podejmując nawet przeciwko temu nowemu niebezpieczeństwu współpracę z faszystami.

Dzisiejsi domorośli wskrzesiciele tradycji powojennego podziemia spotykają się pod domami dogorywających bezzębnych starców i krzyczą na pochodach rocznicowych „raz sierpem, raz młotem…”, nie dostrzegając stojącego im przed samym nosem rzeczywistego niebezpieczeństwa dla Polski. W ten sposób mit „żołnierzy wyklętych”przestaje być mitem politycznie twórczym, odziera się go z treści i znaczenia, politycznie się go kastruje, wyrywa mu kły i pazury. Staje się on narzędziem w rękach kompradorskiej i zaprzedanej Waszyngtonowi demoliberalnej oligarchii. Zamiast podmywać narzucony nam system obcej dominacji, staje się jego częścią i go umacnia. Tworzy złudzenie działalności patriotycznej, kanalizując ją w bezpiecznym dla demoliberałów kierunku. Zamiast twórczo nawiązywać i kontynuować dzieło powojennego podziemia zbrojnego, prowadzi się nas na patriotyczny odpust z niepodległościową tandetą.

Nie to jest prawdziwym testamentem politycznym „żołnierzy niezłomnych”.„Żyją prawem wilka” dziś wszyscy ci, którzy w politycznym i organizacyjnym osamotnieniu – odrzuceni przez Kościół, elity i z coraz większą niechęcią traktowani przez zamerykanizowane i pogrążone w konsumpcyjnym amoku społeczeństwo, cierpliwie prowadzą pracę organiczną nad uwolnieniem nas od atlantyzmu i budową Wielkiej Polski Katolickiej. „Tropem wilczym”zdążają dziś zabiegający o zdemontowanie dominacji USA, usunięcie z naszego państwa amerykańskich żołnierzy, wyprowadzenie Polski z NATO, zniesienie ogłupiającej demoliberalnej propagandy, tak więc o usunięcie najważniejszych czynników stojących na przeszkodzie odbudowy Polski jako państwa wielkiego i katolickiego.

Kontynuacją dzieła „wyklętych” nie jest ani patriotyczna cepeliada ani „talmudyczne” powracanie do idei insurekcyjnej w zmienionych warunkach historycznych. Dziedzictwo antykomunistycznego podziemia zbrojnego to nie zabawa w skansen historyczny z przebierankami grup rekonstrukcyjnych. To podjęcie idei Wielkiej Polski Katolickiej i praca dla niej takimi środkami, jakie są nam dostępne i takimi sposobami, jakie efektywne mogą być w zastanych przez nas okolicznościach. Kontynuacja dzieła „wyklętych” to również uczenie się na ich błędach; od zidentyfikowania tych błędów po ich odrzucenie, tak by ich już więcej nie popełniać.

Spadkobiercą nacjonalistycznej partyzantki lat 1940. jest dziś ten, kto stoi po stronie tożsamości, zakorzenienia, wspólnoty, autorytetu, tradycji i kultury, religii i twórczości, ten, kto jest po stronie „europejskiej Europy”. Prawowitym następcą „wyklętych” jest dziś przeciwnik USA, NATO, atlantyzmu, demoliberalizmu, kapitalizmu i permisywizmu. W zamerykanizowanej i atlantyckiej Polsce on sam staje się „wyklętym” i właśnie dlatego musi uczyć się na doświadczeniach i błędach swoich poprzedników sprzed siedemdziesięciu lat. Bo to on jest ich jedynym prawowitym następcą i kontynuatorem ich walki.

Ronald Lasecki

Za: http://xportal.pl/?p=28545 Data publikacji: 1.03.2018

Polska neokolonią syjonizmuruch narodowyżołnierze niezłomni
Read the full article – wolna-polska.pl

Polska

Tygodnik ”Do Rzeczy” – to ”żydowski projekt dla prawaków”?

a8

Strona główna &gt Polska &gt Tygodnik ”Do Rzeczy” – to ”żydowski projekt dla prawaków”? Tygodnik ”Do Rzeczy” – to ”żydowski projekt dla prawaków”? Jan Polska 3

Skala ich władzy nad nami i naszymi umysłami w Polsce zaczyna być przerażająca.

Dzięki ostatniemu wybuchowi agresji i nieskrywanej już polonofobii „starszych braci w wierze” przechodzimy obecnie przyśpieszony kurs prawdy o relacjach żydowsko-polskich.

Bo sprawy dotąd klajstrowane, zakłamywane i spychane do lochów podświadomości obecnie z przerażającym hukiem pojawiają się na powierzchni.

Od pewnego czasu miałem niejasne poczucie delikatnego dyskomfortu przy lekturze tygodników „Wsieci” i „Do Rzeczy”.

Aż przy lekturze recenzji Piotra Goćka filmu „Czarna Pantera” („Czarna utopia”, „Do Rzeczy” nr 9/2018, s. 42) elementy układanki zaczęły mi nagle pasować do siebie.

Autor niby to rzetelnie opisuje fabułę i kulisy powstania filmu, ale dziwnie unika jego faktycznego podprogowego przesłania, zadowalając się miałkim sformułowaniem o „prowokacyjnym odwróceniu pojęć (czarni dobrzy, wyrozumiali, zaawansowani cywilizacyjnie; biali – skłóceni, podli, krwiożerczy, zacofani)”.

A to przecież jestsamo sedno ideologicznej krucjaty, do której kultura popularna, a zwłaszcza Hollywood, zostały zaprzęgnięte już lata temu. A film ten twardo wpisuje się w perfidny nurt „robienia wody z mózgu” ludziom Zachodu.

W głowie się nie mieści, że w roku 2018 można tak gładko prześlizgnąć się nad naszym największym problemem cywilizacyjnym, jakim jest pasożytowanie marksizmu kulturowego na ciele Zachodu i rozkładanie nas od środka drogą odwrócenia pojęć oraz podstępnego ataku na wszelką normalność – instytucję rodziny i małżeństwa, relacje między mężczyznami i kobietami, wiarę chrześcijańską, tradycje i kulturę, wszelkie hierarchie społeczne (szczególnie zatruwając relacje dzieci z ich ojcami oraz nauczycielami), a także państwo narodowe – poprzez postawienie dosłownie wszystkiego „na głowie”.

A przecież wytyczne do „takiego zepsucia Zachodu, by zaczął śmierdzieć”to zostały sformułowane jeszcze w latach 20. XX w. i znane są jako „Szkoła Frankfurcka”.

– = > Cele i metody „frankfurtczyków”

  • Czy red. Gociek naprawdę nie potrafi umieścić przesłania tego filmu w szerszym kontekście kulturowym i cywilizacyjnym?
  • A może misją tygodnika jest dalsze utrzymywanie nas w nieświadomości?

Odpowiedź twierdząca na którekolwiek pytanie powinna oznaczać dożywotnią dyskwalifikację w oczach czytelników.

Ciekawym smaczkiem jest też nawiązanie recenzenta do „cywilizacji ukrytych przed wzrokiem białego człowieka” (…) opowieści o Eldorado w Ameryce Południowej albo o zaginionym królestwie ks. Jana”.

Zostawmy chwilowo Eldorado na boku – ale „ks. Jan”?

To chyba… „książę Jan”? Ale który…?

No cóż, tu może chodzić tylko o „księdza Jana”– mitycznego potężnego średniowiecznego władcę w chrześcijańskim państwie, położonym gdzieś na Dalekim Wschodzie. Miał to być raj na ziemi, kraina mlekiem i miodem płynąca – i, co najważniejsze – sprzymierzeniec Europy w walce ze światem islamu.

Jedni dopatrywali się więzi tego mitycznego królestwa z Trzema Królami składającymi pokłon Dzieciątku Jezus, inni nawiązywali do potomków Aleksandra Wielkiego, a jeszcze inni dofaktycznie istniejącego chrześcijańskiego cesarstwa Etiopii.

Ale robienie z „Księdza Jana” jakiegoś „ks.”?

Innym smaczkiem, w innym artykule („Współczesny Dawid czy Goliat?”, ten sam nr pisma, s.68, autor T. Teluk) jest wzmianka, że rodzina Benjamina Netanjachu „powróciła do Palestyny w latach 20.”

Toż to czystej wody jerozolimska perspektywa – bo z polskiej perspektywy to rodzina przyszłego premiera by „wyjechała do Palestyny”?

Obiecuję jeszcze dokładniej śledzić poczynania p. redaktorów, mając dla nich dobrą radę – weźcie się, panowie, do uczciwej roboty, bo świadomość waszych czytelników rośnie w wielkim tempie i możecie za nimi po prostu nie nadążyć…

Co prawda red. Gociek podkreśla nową jakość w spojrzeniu filmu na kwestię uchodźców i zagadnień multi-kulti, gdy główny bohater stwierdza, że nieszczęśników się nie importuje, ale trzeba im pomagać na miejscu.

P.S. A dzisiaj to praktycznie już wszyscy zdają sobie sprawę, że „>Wyborcza< to żydowska gazeta dla Polaków”, mimo że długo udawało się im tę prawdę przed nami ukrywać…

Za: http://zdaniemdocenta.neon24.pl/post/142679,tygodnik-do-rzeczy-to-zydowski-projekt-dla-prawakow

Data publikacji: 1.03.2018

komedia patriotyzmuplan judeosatanistówPolska neokolonią syjonizmużydowskie media
Read the full article – wolna-polska.pl